"Chciałbym z tobą pogadać o śmierci McCartneya"
Plotki smutnych fanów i zmyślony dla żartu artykuł czy wielka mistyfikacja? Sobowtór symbolizujący zmarłego w orszaku żałobnym czy może McCartney bosy, bo było mu ciepło? Kulisy wciąż żywej legendy miejskiej "Paul is dead".

Zaczęło się od telefonu w czasie audycji radiowej. 12 października 1969 roku do programu Russa Gibba w radiu WKNR-FM dodzwonił się słuchacz, który przedstawił się jako Tom. Chciał pogadać o "śmierci McCartneya", dowiedzieć się, w czym rzecz. A Gibb wydawał mu się właściwą osobą do rozmowy na ten temat.

Russ Gibb: promotor muzyczny, radiowiec, biznesmen, lektor, nauczyciel, którym zawsze pozostał, mimo zarobienia milionów na telewizji kablowej na przełomie lat 70. i 80. Znał bardzo dobrze świat rocka. Zainspirowany wizytą w San Francisco, wynajął starą, wówczas opuszczoną Grande Ballroom w Detroit i otworzył rockowy klub bez klimatyzacji, ale który po kilku latach działalności mógł pochwalić się koncertami Led Zeppelin, Pink Floyd czy The Stooges.

I was going to rap with you about McCartney being dead

Chciałbym z tobą pogadać o śmierci McCartneya

Gibbs zagadnięty o rzekomą śmierć McCartneya zamiast odnieść się do rewelacji słuchacza, spytał go najpierw o to, gdzie ten studiuje. Pytanie prowadzącego wydawać się może dziwne, ale niewykluczone, że chciał na wstępie uzyskać jakąś informację, która pomogłaby mu ocenić wiarygodność rozmówcy.

Tom zaproponował, by prowadzący przesłuchał piosenkę "Revolution 9" z płyty Beatlesów "White Album", ale od tyłu - o ile jeszcze tego do tej pory nie zrobił. Po latach opowiadał, że był wręcz zdziwiony, że - jak się okazało - Gibb o istnieniu tej backmaskowanej wiadomości (jest to metoda ukrywania komunikatu polegająca na tym, że słychać go tylko, gdy odtworzy się nagranie od tyłu - red.) nic nie wiedział. W przeciągu kilku chwil miał jednak nadrobić swoje braki wraz z tysiącami słuchaczy.

Wiadomość miała brzmieć następująco: "turn me on, dead man" ("nakręć mnie, denacie"). A dało się ją rzekomo usłyszeć puszczając od tyłu fragment ze słowami "number nine" ("numer dziewięć"). Gibb był zaskoczony. Zaskoczony był też jego wydawca, ale wielką liczbą telefonów do redakcji i fanów zespołu, którzy z albumami pojawili się pod siedzibą stacji.

Zaniepokojenie fanów zaczęło się rozlewać po Stanach Zjednoczonych błyskawicznie. Jak opowiadał po latach jeden z autorów tekstów w tym temacie, Fred LaBour (do którego wrócimy) - tego samego wieczora, idąc ulicą, dało się usłyszeć tysiące gramofonów odtwarzających od tyłu płyty Beatlesów. Linie telefoniczne były przegrzane. Wszyscy szukali kolejnych wiadomości na temat śmierci McCartneya.

Is Beatle Paul McCartney Dead?

Czy Beatle Paul McCartney nie żyje?

Wiele wskazuje na to, że pierwszym ogniskiem tej teorii spiskowej był artykuł Tima Harpera z 17 września 1969 roku (zatem na prawie miesiąc przed telefonem Toma do WKNR-FM) w "Drake Times-Delphic", gazetce studenckiej Drake University w Iowa. Autor pisał w nim o krążących na jego kampusie plotkach na temat stanu McCartneya. Na podstawie szeregu znaków rozsianych po nagraniach i zdjęciach na okładkach albumów Beatlesów wysnuwano wnioski, jakoby artysta mógł oszaleć czy wręcz nie żyć.

Pierwszą ze wskazówek na temat co najmniej zdrowotnych kłopotów McCartneya była tajemnicza ręka znajdująca się nad jego głową na zdjęciu z okładki płyty "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band", która "zdaniem wielu jest antycznym symbolem śmierci a l b o   G r e k ó w,   a l b o   a m e r y k a ń s k i c h   I n d i a n" (rozstrzelenie - red.).

okładka "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band"
okładka "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" Foto: Joe Haupt / Flickr (CC BY-SA 2.0)

Na tym samym zdjęciu kwiaty na grobie układają się rzekomo w gitarę osoby leworęcznej, a to McCartney jako jedyny ze składu był mańkutem. Z tyłu okładki tego samego albumu tylko McCartney jest odwrócony do aparatu plecami, reszta zespołu stoi przodem i w dodatku rzekomo wskazuje na fragmenty tekstów piosenek z albumu, dotyczące między innymi "środy o piątej rano" czy mężczyzny, który "odpłynął, bo nie zauważył zmiany świateł".

Tył okładki "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band"
Tył okładki "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" Foto: Rob DiCaterino / Flickr (CC BY 2.0)

Na zdjęciu rozkładówki z tego samego albumu McCartney jako jedyny ma czarną opaskę, a i na okładce kolejnej płyty zespołu ("Magical Mystery Tour") tylko jedna z postaci jest ubrana w kostium morsa w tym kolorze (rzekomo McCartney).

Co więcej, wskazówką o śmierci McCartneya ma być też tajemniczo brzmiący napis wewnątrz albumu, przy utworze "I am the Walrus" ("walrus" - z ang. "mors" - red.) - "to nie Lennon, który piosenkę śpiewa, był morsem, a McCartney",  a "mors jest p r z y p u s z c z a l n i e symbolem śmierci Wikingów", czytamy w artykule Harpera (rozstrzelenie - red.).

To właśnie w tym tekście pojawiła się także informacja o "Revolution 9" puszczanej od tyłu. Harper omawiał też możliwość uczestniczenia brata muzyka w mistyfikacji w charakterze sobowtóra artysty, zastanawiał się nad nagłą zmianą w życiu prywatnym McCartneya (który jeszcze niedawno spotykał się z modelką Jane Asher, by "nagle" ożenić się z Jane Eastman) czy jego nieobecnością na koncercie Boba Dylana.

Wskazówką, która na dłużej miała zawładnąć wyobraźnią fanów był także numer telefonu, który rzekomo jest widoczny, gdy okładkę płyty "Magical Mystery Tour" przyłoży się do lustra. Numer ten to: 2317438. Jak wierzyli niektórzy miłośnicy Beatlesów, gdy się pod niego zadzwoni we środę o piątej rano, można wygrać wyspę na Morzu Śródziemnym.

Co ciekawe, artykuł Harpera, choć uważany za pierwszy związany z legendą miejską Paul is dead (z ang. Paul nie żyje), miał cechy bardziej relacji z kolektywnego snucia domysłów na temat sytuacji McCartneya niż w jednoznaczny, pewny sposób forsował tę plotkę jako prawdę. Autor poddaje choćby pod wątpliwość spójność zachowania Beatlesów, którzy z jednej strony chcieliby utrzymać problemy czy śmierć McCartneya w tajemnicy, a z drugiej - ujawniali je na zdjęciach i w tekstach piosenek. Zastanawia się też, kto jest odpowiedzialny za rozgłaszanie tych wszystkich plotek. Ale to właśnie tekst Harpera już kilka dni później posłużył za podstawę snucia teorii spiskowych na antenie WKNR-FM.

McCartney Dead; new evidences brought to light

McCartney nie żyje; nowe dowody wyszły na jaw

Trzecim ogniskiem legendy miejskiej o śmierci McCartneya był artykuł Freda LaBoura, który wydaje się być bliższy temu, co dziś nazwalibyśmy "fake newsem". Trzeba jednak zaznaczyć, że był to tekst satyryczny (autor nazywa go po prostu "żartem", skonstruowanym jednak tak, żeby wprowadzał niepewność przez przemieszanie faktów z informacjami zmyślonymi), czego trudno w trakcie czytania nie zauważyć. W jakiś sposób tysiącom ludzi się to jednak nie udało. Sam autor w wywiadzie udzielonym po latach magazynowi "True West", przyznał, że "wszyscy wzięli to na poważnie, a ja miałem 15 minut sławy". "Piszesz rzeczy w gazecie – ludzie będą wierzyć", dodawał w innym wywiadzie.

The Michigan Daily opublikowało tekst LaBoura 14 października 1969 roku - 2 dni po programie radiowym Gibba. Autor mając w planie napisanie recenzji nowej płyty Beatlesów, "Abbey Road", słuchał audycji, kiedy akurat zadzwonił do niej Tom. Pozostając pod wrażeniem tego, co usłyszał, zaczął samemu drążyć i wymyślać kolejne wskazówki, które miałyby sugerować, że z McCartneyem jest coś nie tak. Efektem tej pracy była komicznie drobiazgowa opowieść o tym, jak zespół po śmierci McCartneya w wypadku samochodowym w listopadzie 1966 starał się sobie z tą stratą poradzić. 

Jak do niego miało dojść? McCartney "smutny, zmęczony i zawiedziony" po kłótniach z zespołem przy pracy nad płytą "Smile", wsiadł w "zimną, deszczową noc" w samochód i "4 godziny później" znaleziono go z urwaną górną częścią głowy, "martwego jak zimny trup". Tak miała zacząć się jedna z największych mistyfikacji i teorii spiskowych tamtych czasów.

W opowieści LaBoura Beatlesi już dwa lata wcześniej mieli przemyśliwać, co zrobią jeżeli jeden z nich umrze, choć LaBour zaznacza, że nie mieli żadnego przeczucia tej konkretnej śmierci - McCartneya.

Gdy tylko miała do nich dotrzeć informacja, że Paul zginął, w strachu przed rozprzestrzenieniem się  pogłosek o zdarzeniu, po naradzie, w czasie której przypomniano sobie, że "Paul zawsze lubił dobre kawały", zdecydowano, że Harrison zajmie się zakopaniem zwłok, a Starr organizacyjnymi sprawami pochówku. Lennon udał się w odosobnienie, z którego wrócił z pomysłem wyłonienia za pomocą konkursu kandydata na sobowtóra McCartneya. Brianowi Epsteinowi wszystko to się niezbyt spodobało i zagroził ujawnieniem planu: niewiele później zmarł, w nieznanych okolicznościach (Epstein rzeczywiście zmarł w 1967 r. z powodu nieświadomego przedawkowania leków - red.).

Na sobowtóra wybrano Williama Campbella, który musiał przejść tylko małą operację plastyczną i poćwiczyć głos. A reszta zespołu zaczęła planować jakie pozostawiać fanom wskazówki, by ci mogli poznać prawdę.

Paul is dead

Paul nie żyje

Tekst LaBoura wymieniał niektóre z nich, sugerując na co fani powinni zwrócić uwagę. Od wewnętrznej strony okładki płyty "Sgt. Pepper's" McCartney miał mieć na ramieniu naszywkę z napisem "O.P.D.", co w Anglii znaczy "oficjalnie uznany za zmarłego", a medal, który wisiał mu na piersi, Brytyjska Armia dawała na cześć heroicznej śmierci.

Przy okazji utworu "Strawberry Fields Forever" z płyty "Magical Mystery Tour" autor tekstu sugeruje, by sprawdzić na zwolnionym tempie końcówkę, w której John Lennon ma rzekomo mówić "I buried Paul" ("zakopałem Paula"). Na trzeciej stronie opakowania albumu obok McCartneya znajduje się plakat z napisem "I YOU WAS" ("byłem tobą ja"), który miał z kolei sugerować zamianę Paula na sobowtóra. Na kolejnych stronach albumu wskazówkami miałyby być: czarna róża w ubiorze McCartneya, kiedy reszta zespołu miała ubranie ozdobione różami czerwonymi, oraz wolnostojące buty, które zdaniem autora "symbolizowały wśród starożytnych Greków śmierć". Ponadto, ponoć, gdy puści się utwór "I am the Walrus" od tyłu, to przy cichnącym pod koniec chórze ma być słychać sformułowanie "Paul is dead" ("Paul nie żyje").

Jednak najbardziej znaną wskazówkę, patrząc na historię tej legendy miejskiej, autor odnajduje na okładce płyty "Abbey Road", na której przechodzący przez ulicę Beatlesi są rzekomo ustawieni tak, że Lennon wygląda jak bóg, Starr jak organizator pogrzebu, Harrison jak grabarz, a McCartney jak wskrzeszony on sam (z uwagi na bose stopy i papierosa w prawej ręce). LaBour dostrzega w rogu zdjęcia cmentarz, na którym McCartney "zmartwychwstał, po czym dostał papierosa i wyszedł z grobu pokonywać śmierć z małą pomocą przyjaciół". Do kanonu legendy wejdzie jednak interpretacja, że był to orszak żałobny.

zdjęcie z okładki płyty ”Abbey Road”
zdjęcie z okładki płyty ”Abbey Road” Foto: People Picture/Capital Pictures

Paul is still with us

Paul jest nadal z nami

Paul is dead jest przykładem legendy miejskiej o o tyle ciekawej historii, że wiemy bardzo dużo o osobach, które ją publicznie roznieciły, wynosząc ponad przekazywaną z ust do ust na uniwersytecie plotkę.

Tom Zarski po latach w wywiadzie opowiadał, że usłyszał tę historię od kolegi z pokoju, który znał ją od znajomych, do których dotarła ona prawdopodobnie z Illinois, jakkolwiek nieprecyzyjnie to nie brzmiało. Dzwoniąc do WKNR-FM naprawdę chciał dowiedzieć się, co Gibb na jej temat sądzi.

LaBour i Harper również byli osobami z krwi i kości, swoje teksty podpisywali nazwiskami. Ten drugi tłumaczył potem w wywiadzie, że historię tę poznał przez kolegę, Darta Browna, który z kolei miał ją wziąć od przejeżdżających przez miasto muzyków, z którymi spędził wieczór.

Ten brak anonimowości twórcy bardzo odróżnia "Paul is dead" od zjawiska tzw. death hoaxów (kłamstw okołozgonowych) doby internetu, które - jak można wywnioskować przeglądając publikacje portalu Snopes - są prawdziwą plagą nowego medium. Ze względu jednak na swoją anonimowość, liczbę, schematyczność i powtarzalność nie mają potencjału na stworzenie legendy miejskiej porównywalnej zasięgiem i trwałością do tej o członku Beatlesów.

Przypadek McCartneya trafił na wyjątkowo podatny grunt. Sugerowana data śmierci McCartneya zbiegała się w czasie z końcem ery koncertowej The Beatles. Zespół po zagraniu 1400 koncertów (!) zdecydował się skupić na tworzeniu albumów studyjnych i ograniczył jakiekolwiek wystąpienia publiczne, co w percepcji fanów było, wraz z wyraźną ewolucją stylu, zmianą bardzo nagłą i wyjątkowo odczuwalną. A osobą, która w tamtym okresie najbardziej zadbała o swoją prywatność był akurat McCartney.

Żeby zdementować plotki o swojej śmierci, artysta udzielił wywiadu magazynowi Life 7 listopada 1969 roku. "Być może plotka wzięła się stąd, że nie pojawiałem się ostatnimi czasy w prasie. Robiłem to jednak wystarczająco dużo razy w życiu i nie mam ostatnio nic do powiedzenia", komentował artysta. "Byłem bez przerwy medialnie aktywny przez 10 lat. Teraz wyłączam się, jak tylko mogę to zrobić. Wolałbym być dziś mniej znany", dodał. Być może to właśnie tajemniczość nagłego zniknięcia idoli milionów ludzi domagała się mitycznej odpowiedzi.

Dziś o doborze celebryty, na temat którego powstaje okołozgonowe kłamstwo, decyduje często to, w jakim jest wieku (jak w przypadku Kirka Douglasa), albo to że skądinąd wiadomo, że ma problemy ze zdrowiem (tak było w przypadku Zbigniewa Wodeckiego na ponad tydzień przed jego autentyczną śmiercią). Bywa, że fałszywa informacja o śmierci znanego artysty niejako podczepiana jest pod prawdziwą, dotyczącą kogoś innego (przykładem może być informacja nt. "wypadku" Eddiego Murphiego, wypuszczona niedługo po śmierci jego brata).

If you prefer, (it is) the initial "P"

Jeśli wolimy, to może to być "P"

Wyjątkowość historii rzekomej śmierci McCartneya zasadzała się też na tym, że zaczęła się ona ponad dwa lata po domniemywanym momencie śmierci, co dało mnóstwo materiału, pod który można było na zasadzie reverse engeneeringu ("inżynierii odwrotnej") dopasować hipotetyczny wypadek. Na tym w istocie polegała dwudniowa praca LaBoura po usłyszeniu telefonu Zarskiego: na wymyśleniu historii, do której pasowałoby jak najwięcej "wskazówek". W tej historii, jak w soczewce, widać większość typowych dla powstawania legend miejskich elementów, z wybiórczym doborem "dowodów" i "interpretacją" faktów, ale i zwykłymi konfabulacjami.

Weźmy tekst Harpera. Przykładem zupełnie zmyślonej informacji jest ta, jakoby piosenka "A Day in the Life" odnosiła się do "pewnej środy o 5 rano". W tekście piosenki nie ma o "środzie" mowy. Dalej pod tekstem "I am the Walrus" nie jest powiedziane, że "to Paul jest morsem, a nie John", tylko że "nie John".

Jednak bardziej znamienne dla historii tej legendy jest to, jak swobodnie Harper operuje tym, co kto uważa za symbol czego. Pisze np., że ręka nad głową "zdaniem wielu jest antycznym symbolem śmierci albo Greków, albo Amerykańskich Indian". Podobnie jest z morsem, jako "przypuszczalnie symbolem śmierci Wikingów".

Podobnych uwag pełen jest tekst LaBoura, w którym możemy uznać kwiaty na grobie za gitarę McCartneya, ale "jeśli wolimy, to może to być «P»". Buty bez właściciela okazują się w nim być "greckim" symbolem śmierci, a nie np. zapominalstwa, podobnie jak bosa przechadzka staje się dowodem zgonu, zamiast świadczyć o tym, że np. McCartneyowi było ciepło. Nie dopuszcza się, że czerwone róże mogły się skończyć i że w kostiumie tego samego koloru jest ktoś inny (w tym przypadku był to John Lennon, jak wynika ze wspomnianego wywiadu dla Life) – tam musiało chodzić o śmierć McCartneya. Bo najważniejsze, żeby wszystko się zgadzało. Niewyraźne dźwięki z granych od tyłu utworów, z odpowiednio narzuconą interpretacją, także intensywnie działają na rozbudzoną już wyobraźnię.

Jednak historia ta została zmyślona przez autora z intencją rozbawienia czytelnika. Widać to wyraźnie we wszystkich fragmentach, w których zna on informacje, do których dostępu fizycznie nie mógłby mieć nikt, jak np. gdy pisze o nastroju jadącego samochodem McCartneya tuż przed wypadkiem. Podobnie komiczny efekt ma przemieszanie danych bardzo ogólnych, jak to, że wypadek artysty miał miejsce "na początku listopada", z niemożliwie szczegółowymi, sugerującymi, że było to "4 godziny po wyjściu ze studia". Zwraca uwagę również bezproblemowość stawania się przez sobowtóra McCartneya w kilka miesięcy geniuszem muzycznym, co nie wychodzi, mimo wielu lat poświęcenia, tysiącom zdolnych młodych ludzi.

The Beatles i Jimmie Nicol, 1964 (na dwa lata przed rzekomą śmiercią Paula)
The Beatles i Jimmie Nicol, 1964 (na dwa lata przed rzekomą śmiercią Paula) Foto: Koch, Eric / Anefo / Nationaal Archief (public domain)

W większości przypadków kłamstw okołozgonowych doby internetu chodzi zazwyczaj o coś innego: o wyraźnie rozpoznawalny, partykularny interes w postaci liczby wejść na strony internetowe, tudzież wyrażenia zgody na dostęp do danych osobowych przejętego tragedią idola/idolki fana. Historia legendy miejskiej Paul is dead odróżnia się w tym sensie od całej reszty.

Jedna cecha jest jednak dla tych historii wspólna - fani wzięli je na poważnie. W przypadku McCartneya, przez lata dopisali też różne wariacje legendy.

I tak McCartney mógł się zapatrzeć na funkcjonariuszkę Ritę, albo wziąć autostopowiczkę, która spowodowała wypadek. Mógł się rozbić w mini, austinie-healeyu, albo astonie martinie. Naszywka na mundurze z Sgt. Pepper's może znaczyć "O.P.D.", ale i "O.D.D.", co z kolei miało świadczyć o tym, że zastąpił go policjant. Zamiast nagrody, fani dzwoniący pod numer 2317438 w innej wersji mieli słyszeć słowa: "jesteś coraz bliżej". A Lennon w orszaku żałobnym mógł symbolizować jak nie boga, to kaznodzieję.

Fani zaczęli też odkrywać kolejne, własne tropy: "28IF" na tablicach garbusa stojącego w tle okładki "Abbey Road", co miało oznaczać, że McCartney miałby 28 lat, gdyby żył (choć to nieprawda), a wcześniej szczękę na oryginalnej okładce "rzeźnickiej płyty" ("Yesterday and Today"), jako symbol utraty zębów przez McCartneya w wypadku. Dużą ilość mięsa na tej okładce miała rzekomo symbolizować sam wypadek (mimo, że płyta była nagrana rok przed nim).

Hey Paul

Jedną z większych różnic między teorią spiskową Paul is dead, a kłamstwami okołozgonowymi doby internetu jest to, że w przypadku tych drugich, zdaniem kulturoznawcy dr hab. Marcina Napiórkowskiego, wiadomość oderwana jest od nadawcy. Przez to, że jest odłączona, a wręcz anonimowa, nie można nawet domyślać się, skąd pochodzi. W kontekście legendy miejskiej dotyczącej "śmierci McCartneya" istnieje możliwość prześledzenia intencji, ale i zorientowania się, jaką wiedzą dysponowali autorzy dwóch pierwszych tekstów na ten temat.

Samą historię wyróżnia też to, że była konstruowana w oparciu o dane z dwóch lat, które miały minąć od rzekomego zgonu gwiazdy, co nie zdarza się w dobie nowoczesnych technologii i kultury masowej, jaką znamy, które zapewniają nam ciągły dostęp do życia celebrytów, a przez to nie zostawiają miejsca na powstanie tajemnicy

Paul McCartney w czerwcu skończył 76 lat. W październiku m.in. zagrał koncerty w Austin i Japonii, a także pokazał swój nowy teledysk. W grudniu wystąpi w Polsce.


Śródtytuły w tekście - tytuły bądź fragmenty artykułów prasowych, dotyczących "śmierci" Paula McCartneya

Autor:  Oskar Breymeyer-Darski
Źródło:  Konkret24; Life, Mitologia Współczesna, Snopes; zdjęcie tytułowe: People Picture/Capital Pictures