W Niemczech zarabia się lepiej, a że ceny w Polsce mamy już podobne jak tam, to poziom życia Polaków jest trzykrotnie niższy niż Niemców - taką ekonomiczną tezę ogłosił sędzia Kamil Zaradkiewicz. Tylko że posłużył się złymi wskaźnikami i starymi danymi. Co więc dane ekonomiczne mówią o życiu w Polsce i Niemczech?
Kamil Zaradkiewicz to szczególnie aktywny w mediach społecznościowych sędzia, w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy mianowany do Sądu Najwyższego. W 2020 roku prezydent Andrzej Duda powierzył mu nawet wykonywanie obowiązków pierwszego prezesa SN, ale z tej funkcji Zaradkiewicz zrezygnował po kilkunastu dniach. Sędzia często krytykuje rząd Donalda Tuska, jego zmiany w wymiarze sprawiedliwości i ogólną sytuację w Polsce. Tego ostatniego dotyczył wpis z 1 stycznia 2026 roku, w którym Zaradkiewicz porównał ceny, wynagrodzenia i poziom życia w Polsce i w Niemczech.
Sędzia opublikował nieopisaną mapę - widzimy na niej kilkanaście krajów unijnych. Kilka krajów jest zaznaczonych w odcieniach koloru niebieskiego, dużo więcej państw zaznaczono na czerwono - to kraje, które przystąpiły do UE po 2004 roku. Przy większości widnieją wartości w euro - przy Niemczech widnieje wartość 31,6 euro, a przy Polsce 11,9 euro. Zaradkiewicz napisał: "Przeciętne ceny w Polsce mamy już na poziomie niemieckim, a na załączonym obrazku przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy. Oznacza to, że przeciętny Polak ma realnie niemal trzy razy niższy poziom życia niż przeciętny Niemiec".
Wpis wyświetlono prawie 200 tys. razy; część komentujących oburzała się na takie rozbieżności między Polską a Niemcami. "Dwie prędkości w praktyce"; "Biorąc pod uwagę, kto lukruje największe zyski w Polsce - koncerny niemieckie - nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć kto najbardziej korzysta z Unii Europejskiej"; "Uśmiechacie się?"; "Nie przypadkowo największym złodziejom w EU najlepiej się żyje" - pisali internauci.
Post Zaradkiewicza udostępniali też ekonomiści - a oni nie zgadzali się z jego wnioskami. "Wszystko nieprawda. Pan prawnik nie dość, że zamieszcza starą, nieaktualną mapę, to zupełnie nie rozumie czym jest poziom życia i jak się go mierzy" - zauważył ekonomista Maciej Bałtowski. "Teza jest metodologicznie wadliwa, ponieważ miesza dwie różne kategorie statystyczne (poziom cen i poziom życia)"; "Co za brednie. Kłamstwa i brednie" - pisali inni.
Wyjaśniamy, dlaczego wnioski sędziego Zaradkiewicza są rzeczywiście błędne - analizujemy kolejno trzy wskaźniki: zarobki, ceny i poziom życia.
Kto zarabia więcej: Polacy czy Niemcy
Mapa zamieszczona przez sędziego Zaradkiewicza rzeczywiście pokazuje przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy w krajach europejskich publikowane przez unijny Eurostat. Pochodzi jednak z 2023 roku, podczas gdy Eurostat podał już aktualniejsze dane za 2024 rok. Są one bardziej optymistyczne dla Polaków. U nas średnie wynagrodzenie za godzinę wyniosło w przeliczeniu 14,2 euro (więcej o 2,3 euro), a w Niemczech było to 33,3 euro (więcej o 1,7 euro).
I mimo że polskie średnie zarobki są jednymi z najwyższych w regionie (więcej w Europie Środkowo-Wschodniej zarabiają tylko Estończycy, Chorwaci i Litwini), to rzeczywiście są około 2,5 raza niższe niż niemieckie. Na tej podstawie nie można jednak stwierdzić, że poziom życia w Niemczech jest trzykrotnie wyższy niż w Polsce.
Kluczowa jest inna statystyka.
Kto płaci więcej: Polacy czy Niemcy
Chodzi o średnie ceny w danym kraju. Co z tego, że Niemiec zarabia 2,5 raza więcej, jeśli produkty w jego kraju są droższe i może ich kupić mniej niż Polak za swoją niższą wypłatę? Kamil Zaradkiewicz stwierdził: "przeciętne ceny w Polsce mamy już na poziomie niemieckim". Tyle że to nieprawda.
Tak zwany wskaźnik poziomu cen również wylicza i podaje Eurostat. W całości ta statystyka nazywa się "Wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych", ale unijny urząd statystyczny tłumaczy, że to właśnie "miara porównująca koszty towarów i usług w różnych krajach, wskazująca, czy dany kraj jest relatywnie droższy, czy tańszy".
Najpierw Eurostat wylicza jedną unijną średnią cen towarów i usług, a następnie podaje, czy dane kraje są od niej droższe (powyżej 100) czy tańsze (poniżej 100). I tutaj Polska wypada bardzo pozytywnie (dla obywateli chcących płacić jak najmniej). W 2024 roku nasz wskaźnik cen wynosił 72 proc. średniej unijnej. Oznacza to, że średnie ceny w Polsce są najniższe w regionie, a taniej - jeśli chodzi o kraje Europy Środkowo-Wschodniej - jest tylko w Rumunii (64 proc.) i Bułgarii (60 proc.). Niemcy natomiast pozostają krajem relatywnie drogim: ich wskaźnik w 2024 roku to 109 proc. średniej unijnej.
Twierdzenie, że "przeciętne ceny w Polsce mamy już na poziomie niemieckim" nie ma więc żadnego potwierdzenia w danych. Oczywiście, ktoś może znaleźć w sklepie produkt, który będzie kosztował tyle samo w Polsce i w Niemczech - ale to wcale nie potwierdza, że "przeciętne ceny" są na tym samym poziomie.
Kto ma wyższy poziom życia i czy da się to policzyć
Pozostaje jeszcze kwestia "poziomu życia" w Polsce i w Niemczech. Naturalnie sam "poziom życia" w przeciwieństwie do zarobków i cen nie jest wartością ekonomiczną, więc trudno wyrazić go jedną liczbą. Cytowany wcześniej ekonomista Maciej Bałtowski zauważył jednak, że "wyliczanie" poziomu życia na podstawie średnich zarobków i średnich cen nie jest najlepszym pomysłem.
W jednym z kolejnych wpisów ekonomista proponuje porównywać produkt krajowy brutto w przeliczeniu na mieszkańca (PKB per capita). Aby zniwelować wpływ różnic w walutach i cenach, w porównaniach można sięgnąć po jeszcze bardziej szczegółowy wskaźnik: PKB per capita w parytecie siły nabywczej (PKB PPP). Bo pamiętajmy, że za 1000 zł w Polsce i 237 euro w Niemczech (po przewalutowaniu) nie można kupić tyle samo.
Tutaj również Eurostat najpierw oblicza się unijną średnią, a następnie sprawdza, jakie PKB w przeliczeniu na mieszkańca notują kraje europejskie względem tej średniej. Według dostępnych szacunków za 2024 rok niemieckie PKB było powyżej tej średniej z wynikiem 115, a polskie poniżej z wynikiem 79. Gdybyśmy więc potraktowali ten wskaźnik jako umowny wyznacznik poziomu życia, to jest on półtora raza wyższy w Niemczech niż w Polsce. Pamiętajmy jednak, że PKB - nawet przeliczone przez mieszkańców i różnice w cenach - nie jest uniwersalnym miernikiem poziomu życia. Jego podstawowym zadaniem jest badanie kondycji gospodarki, a nie warunków życia obywateli.
Dlatego ekonomiści stworzyli alternatywne mierniki poziomu życia, z których najpopularniejszym jest najprawdopodobniej wskaźnik rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI). Jego podstawą jest wspomniany wskaźnik PKB per capita w parytecie siły nabywczej, ale dodatkowo w wyliczaniu bierze się pod uwagę średnią długość życia (czyli poziom systemu ochrony zdrowia) oraz wskaźnik uczących się osób (który ma być miarą rozwoju systemu edukacji). Dzięki temu HDI lepiej pokazuje, jak krajowe PKB przekłada się na realizację podstawowych potrzeb obywateli.
Ten wskaźnik wylicza i publikuje Organizacja Narodów Zjednoczonych. Skala waha się od 0 (najniższy poziom rozwoju) do 1 (najwyższy poziom rozwoju). Ostatnie dostępne dane dotyczą 2023 roku i w tym badaniu Niemcy są piątym najlepszym krajem w Europie (HDI: 0,959), a Polska zajmuje 20. miejsce (HDI: 0,906). To jednak kolejny dowód, że choć poziom życia w Polsce jest niższy niż w Niemczech, to nie "trzykrotnie niższy".
"Der Spiegel": Niemcy przestały być ziemią obiecaną
Na zamieszczonym powyżej wykresie wskaźnika HDI - jak i w innych wspomnianych danych - widać jedno: Polska pod względem poziomu życia w ostatnich latach coraz bardziej zbliża się do Niemiec. U naszego zachodniego sąsiada wspomniane wskaźniki albo stoją w miejscu, albo nawet delikatnie spadają.
Dlatego nie powinny dziwić doniesienia niemieckiego pisma "Der Spiegel", który 2 stycznia 2026 roku podał, że w ostatnich latach coraz mniej Polaków osiedla się w Niemczech, a w 2024 roku po raz pierwszy od dziesięcioleci więcej Polaków wyjechało z Niemiec, niż przyjechało tam na stałe. "Niemcy przestały być ziemią obiecaną" - stwierdził niemiecki tygodnik, tłumacząc, że powodów tej sytuacji jest co najmniej kilka. Poza "mniejszymi różnicami w sytuacji ekonomicznej Polski i Niemiec" jest to także nadmierna biurokracja i dyskryminacja na rynku pracy polegająca m.in. na nieuznawaniu polskich dyplomów czy niższych szansach na awans.
Ponura wizja zarysowana przez Kamila Zaradkiewicza nie tylko nie ma potwierdzenia w oficjalnych danych, ale też na granicy polsko-niemieckiej, którą coraz częściej przekraczają polscy emigranci wracający na stałe do kraju.
Źródło: Konkret24
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock