"Najbardziej rygorystyczny w Europie" – tak prezes PiS Jarosław Kaczyński ocenia obowiązujący w Polsce system nadzoru nad inwigilacją obywateli. "Najbardziej zacofany w Europie" – to z kolei opinia byłego szefa Agencji Wywiadu. Jak sprawdziliśmy, polskiemu systemowi nadzoru daleko do rygorów obowiązujących w niektórych państwach europejskich.

Kwestia nadzoru nad prowadzonymi przez służby kontrolami operacyjnymi wobec obywateli – czyli: podsłuchami, kontrolą SMS-ów, przesyłek czy treści korespondencji pocztowej lub mailowej - stała się gorącym tematem po wywiadzie, którego Jarosław Kaczyński udzielił tygodnikowi "Sieci" (jego fragmenty opublikowano 7 stycznia). Kaczyński przyznał wtedy - jako pierwszy polityk PiS - że Polska kupiła izraelski system do inwigilacji Pegasus. W grudniu 2021 roku grupa badaczy z Citizen Lab, działająca przy Uniwersytecie w Toronto, w swojej ekspertyzie wykazała, że w Polsce inwigilowani Pegasusem byli mecenas Roman Giertych, prokurator Ewa Wrzosek oraz senator KO Krzysztof Brejza.

"Źle by było, gdyby polskie służby nie miały tego typu narzędzia" – powiedział prezes PiS w wywiadzie. "Chyba każdy się zgodzi, że rozmaite grupy przestępcze powinny być pod obserwacją, że przestępczość trzeba zwalczać i że na całym świecie używa się do tego narzędzi inwigilacji, oczywiście gdy są do tego podstawy prawne i zawsze pod kontrolą sądu, prokuratury. W Polsce system nadzoru nad takimi działaniami należy do najbardziej rygorystycznych w Europie" - stwierdził.

Były szef Agencji Wywiadu Grzegorz Małecki ocenia nadzór nad inwigilacją w Polsce

"Najbardziej zacofany w Europie", "bardzo deficytowy"

Do tych słów w "Faktach po Faktach" w TVN24 7 stycznia odniósł się były szef Agencji Wywiadu płk Grzegorz Małecki. "Bardzo mi przykro, ale nie mogę tego potwierdzić" – powiedział. "Polski system nadzoru i kontroli nad służbami, a zwłaszcza nad działalnością inwigilacyjną, jest najbardziej zacofany w Europie" - ocenił. Zdaniem płk. Małeckiego wina spoczywa na wszystkich ugrupowaniach, które rządziły przez ostatnie 30 lat, bo "nie podjęły żadnych działań, mimo że różne osoby (…) proponowały reformę tego systemu i budowę niezależnej instytucji kontroli".

Również rzecznik praw obywatelskich prof. Marcin Wiącek nie zgadza się raczej z opinią prezesa PiS - 12 stycznia w "Rozmowie Piaseckiego" w TVN mówił bowiem, że nadzór nad inwigilacją w Polsce "jest bardzo deficytowy". I zapowiedział przygotowanie wystąpienia generalnego do władz, "którego celem jest dostosowanie systemu nadzoru nad kontrolą operacyjną do standardów konstytucyjnych i standardów europejskich". Profesor Wiącek powiedział wprost: "Sąd nie ma efektywnego nadzoru nad tym, czy w toku kontroli nie dojdzie do jakiś ekscesów, czy nie dojdzie do wykroczenia poza zgodę sądu".

Zdaniem RPO oprócz kontroli sądowej, powinien w Polsce istnieć - tak jak w innych krajach - "niezależny organ wyspecjalizowany w tego typu sprawach, do którego na przykład każdy człowiek, który podejrzewa, że był nielegalnie inwigilowany, mógłby się zwrócić z odpowiednią skargą, a rolą takiego niezależnego organu powinno być wyjaśnienie tej sprawy".

Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Marcin Wiącek ocenia system nadzoru nad inwigilacją w Polsce

Nadzorują sądy albo wyspecjalizowane gremia ekspertów

Z opracowań ekspertów zajmujących się działalnością służb specjalnych oraz z analiz Agencji Praw Podstawowych (instytucja Unii Europejskiej oceniająca przestrzeganie praw obywatelskich w UE) wynika, że we wszystkich krajach Unii istnieją parlamentarne komisje nadzorujące służby specjalne. Ponadto w 15 państwach (a także w Wielkiej Brytanii) są niezależne organy eksperckie kontrolujące inwigilację. Zaś w pozostałych 12 - m.in. w Polsce, Czechach, na Węgrzech - kontrola odbywa się na drodze sądowej.

Doktor Mateusz Kolaszyński z Katedry Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Jagiellońskiego - autor opracowania "Niezależne organy eksperckie – sposób na kontrolę działalności inwigilacyjnej służb specjalnych i policyjnych?" - uważa, że działalność niezależnych organów ma "szereg zalet z punktu widzenia kontroli działalności inwigilacyjnej". I tłumaczy: "członkowie tych organów posiadają gwarancje neutralności politycznej, czym odróżniają się od wyspecjalizowanych komisji parlamentarnych, takich jak rodzima Sejmowa Komisja do Spraw Służb Specjalnych".

"Po drugie, instytucje te działają permanentnie, a kontrola służb specjalnych i policyjnych jest ich podstawowym zadaniem. (…) Permanentna działalność wymusza wysoki stopień specjalizacji wokół zagadnień związanych z inwigilacją. Chodzi przy tym zarówno o znajomość aspektów prawnych, jak i kwestii technicznych związanych z tą materią. Zazwyczaj organy tego typu mają też własny personel administracyjny" – podkreśla dr Kolaszyński.

W Belgii, Bułgarii, Grecji czy Niemczech organy kontrolujące służby są powoływane przez parlamenty. Ale we Francji organ ekspercki jest tworzony przez reprezentantów kilku instytucji - Zgromadzenie Narodowe, Senat, Rada Stanu i Sąd Kasacyjny desygnują po dwóch członków, a jednego nominuje Urząd Regulacji Komunikacji Elektronicznej i Poczty.

Mnożą się pytania w związku z używaniem Pegasusa

Niemcy: system rozbudowany

W Niemczech kontrola nad działalnością służb jest gwarantowana konstytucyjnie, bo art. 45d ustawy zasadniczej stanowi, że "Bundestag powołuje organ, którego zadaniem jest kontrola działalności wywiadowczej Federacji". W polskiej konstytucji nie ma takiego zapisu - Sejmowa Komisja do spraw Służb Specjalnych działa tylko na podstawie Regulaminu Sejmu, który jest przyjmowany w drodze uchwały, a nie ustawy.

Parlamentarny Organ Kontrolny (Parlamentarisches Kontrollgremium) w Bundestagu składa się z dziewięciu członków, ich kadencja trwa tyle, ile kadencja Bundestagu. Nadzoruje Federalną Służbę Wywiadowczą, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego i Federalny Urząd Ochrony Konstytucji. Ma prawo żądać od tych instytucji informacji o działalności służb, wglądu w akta spraw. To ten organ powołuje na szczeblu federalnym niezależną Komisję G10 – nazwa pochodzi od art. 10 niemieckiej ustawy zasadniczej, w którym opisano możliwość ustawowego ograniczenia tajemnicy korespondencji: "jeśli ograniczenia służą ochronie wolnościowo-demokratycznego porządku konstytucyjnego czy też zachowaniu bezpieczeństwa Federacji lub jednego z jej krajów związkowych".

To ta komisja (przewodniczący, zastępca, czterech członków i ich zastępcy), mając wgląd we wszystkie dokumenty służb, zatwierdza wszelkie środki inwigilacji, kontroluje proces przetwarzania zebranych danych, decyduje o tym, czy osoba inwigilowana zostanie o tym fakcie powiadomiona, rozpatruje także skargi na działalność służb specjalnych. Ma do dyspozycji 13-osobowy aparat urzędniczy. Komisje G10 działają także we wszystkich 16 niemieckich landach.

Natomiast od stycznia 2022 roku działa kolejne ciało nadzorujące służby: Niezależna Rada do Spraw Kontroli (Unabhaengige Kontrollrat). Zajmuje się kontrolą działalności Federalnej Służby Wywiadowczej BND w zakresie zagranicznego rozpoznania telekomunikacyjnego.

Wielka Brytania: system "podwójnej blokady"

W Wielkiej Brytanii funkcjonuje od 2016 roku system nazywany "podwójną blokadą". Polega na tym, że wydawane przez sekretarzy stanu nadzorujących służby specjalne zgody na inwigilację muszą być zatwierdzone przez Urząd Komisarza do Spraw Uprawnień Śledczych (Investigatory Powers Commissioner's Office), a dokładnie: przez działających w tym urzędzie komisarzy sądowych (Judicial Commissioners). Jest ich obecnie 14, wszyscy są wybitnymi prawnikami z długoletnim stażem pełniącymi wysokie urzędy w brytyjskim wymiarze sprawiedliwości; wszyscy mają tytuły szlacheckie.

Stosowanie najbardziej inwazyjnych metod inwigilacji w Wielkiej Brytanii jest możliwe tylko po zatwierdzeniu decyzji przez komisarza sądowego. Przed jej podjęciem może on zwracać się do służb o dodatkowe wyjaśnienia. Komisarze mogą korzystać z pomocy Doradczego Panelu Technicznego – siedmioosobowego gremium naukowców z zakresu technologii cyfrowych i cyberbezpieczeństwa.

Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie używania systemu Pegasus przez polskie służby

Austria: prokuratura, sąd, inspektorzy ochrony prawnej

W Austrii, zgodnie z Kodeksem postępowania karnego, kontrolę operacyjną na wniosek policji zarządza prokurator, ale musi mieć zgodę sądu na podsłuchy, monitorowanie korespondencji, dostęp do danych telekomunikacyjnych. Nie jest potrzebna zgoda sądu w sytuacji, gdy podsłuch wizyjny lub akustyczny jest związany np. z porwaniem.

Prawo do kontroli już zarządzonych postępowań inwigilacyjnych mają Inspektorzy do Spraw Ochrony Prawnej (Rechtsschutzbeauftragter). Jeden wraz z dwoma zastępcami powoływany jest na trzy lata przez ministra sprawiedliwości – ma sprawdzać pod względem legalności inwigilację dokonywaną przez służby policyjne na gruncie postępowania karnego. Drugi z trzema zastępcami jest powoływany przez ministra spraw wewnętrznych na pięć lat. Austriackie służby specjalne są zobowiązane informować tego inspektora o realizacji postępowań inwigilacyjnych, a on ma w dowolnym momencie wgląd w tok postępowania. Szef MSW musi informować inspektora z trzydniowym wyprzedzeniem o planowanej inwigilacji w miejscach publicznych.

Ważne: jeśli inspektor do spraw ochrony prawnej stwierdzi, że zostały naruszone prawa osób inwigilowanych, może je o tym poinformować.

Czechy: zatwierdzają sędziowie i mogą kontrolować

Czechy - obok Polski czy Węgier - należą do 12 krajów, w których nadzór nad inwigilacją sprawują sędziowie. Wykorzystanie technologii wywiadowczych musi być zatwierdzone przez sędziego z odpowiedniego sądu w miejscu, w którym znajduje się siedziba służb. W praktyce oznacza to Wyższy Sąd w Pradze.

Jego sędziowie są uprawnieni do zatwierdzania użycia środków inwigilacyjnych. Ale mają też prawo kontrolowania realizacji zarządzonej inwigilacji. Sędzia musi ocenić, czy powody użycia technologii wywiadowczej są dalej aktualne. Jeśli stwierdzi, że nie, ma prawo wycofać zgodę na użycie środków inwigilacyjnych. Takiego uprawnienia polscy sędziowie nie mają - mogą tylko zatwierdzić inwigilację.

Węgry: tylko sześciu sędziów i minister

Z kolei do krajów Europy o niskim poziomie kontroli inwigilacji należą Węgry. Węgierskie przepisy stanowią, że wnioski służb w sprawie inwigilacji są zatwierdzane przez sześciu sędziów wyznaczonych przez prezesa Sądu Metropolitalnego w Budapeszcie. Mają do dyspozycji dziewięć osób personelu pomocniczego. Tylko niektóre środki inwigilacji wymagają zgody tych sędziów – przeszukiwanie mieszkań, zakładanie podsłuchów w mieszkaniach, kontrola korespondencji, podsłuchy telefoniczne i internetowe. Gdy przestępstwa są związane z zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego, inwigilację zatwierdza minister sprawiedliwości. W przypadkach niecierpiących zwłoki inwigilację mogą zarządzić sami szefowie służb specjalnych, pod warunkiem jednak, że w tym czasie skierują odpowiedni wniosek do sądu lub ministra sprawiedliwości.

Sądowej zgody na inwigilację nie musi uzyskiwać natomiast węgierskie Centrum Antyterrorystyczne - może śledzić obywateli nawet wtedy, gdy nie są podejrzani o przestępstwo. Jest to departament taktyczny w ramach sił policyjnych podlegający Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Te przepisy skrytykował Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) w wyroku z 12 stycznia 2016 roku, stwierdzając, że "polityczny charakter procesu autoryzacji i nadzoru (nad inwigilacją – red.)  zwiększa jednak ryzyko nadużyć".

Polska: zastrzeżenia RPO i ekspertów

Również polskie przepisy – a w zasadzie ich brak w pewnych obszarach – znalazły się pod lupą ETPC. Fundacja Panoptykon i Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz mecenas Mikołaj Pietrzak złożyli w 2017 i w 2018 roku skargi, które sprowadzały się do tego, że polskie przepisy nie przewidują żadnej możliwości informowania osób o tym, że były inwigilowane. Zdaniem prawników narusza to Konwencję o Prawach Człowieka. Obowiązek informowania, że ktoś był inwigilowany, wprowadza natomiast projekt ustawy autorstwa PSL, który 11 stycznia trafił do Sejmu.

Poseł PSL Marek Biernacki zapowiada projekt ustawy o inwigilacji
Poseł PSL Marek Biernacki zapowiada projekt ustawy o inwigilacji Foto: Twitter.com

W Polsce nadzorem nad inwigilacją zajmują się sędziowie sądów okręgowych - to do nich wpływają wnioski z policji i ośmiu służb specjalnych o zarządzenie kontroli operacyjnej. Takich zgód wydaje się ok. 10 tys. rocznie. Opisywaliśmy to już szerzej w Konkret24.

Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon w rozmowie z Konkret24 podkreśla, że sędzia - podejmując decyzję o zarządzeniu inwigilacji - jest zdany tylko na to, co przedstawią mu służby. Z aktami sprawy ma do czynienia tyko raz: w momencie wydawania postanowienia o zarządzeniu kontroli operacyjnej. Natomiast po zarządzeniu inwigilacji sąd traci kontrolę nad jej realizacją; nie wie, czy w jej trakcie nie doszło do naruszeń prawa. Nie ma bowiem obowiązku, by służby – tak jak w Austrii – musiały informować sąd o przebiegu inwigilacji. Sędzia nie wie też np., czy materiały z inwigilacji zostały zniszczone.

Inaczej jest w przypadku pozyskiwania przez policję i służby danych telekomunikacyjnych pocztowych i internetowych. Chodzi o rejestry połączeń – bilingi, lokalizacje w stacji bazowej (to pozwala określić, gdzie i kiedy byliśmy), informacje o rodzaju aparatu. Ponadto o adres, miejsca nadania przesyłek, ich odbioru, usługi pocztowe, z których korzystamy. Dane internetowe to m.in. raporty o połączeniach z internetem, adresy e-mail, adresy IP. Wszystkie te informacje policja i służby pozyskują bez żadnej sądowej kontroli, nawet bez pośrednictwa pracowników operatorów telekomunikacyjnych, bo niektóre służby mają do tego celu stałe, bezpieczne łącza. "Wprowadzenie możliwości zdalnego pozyskiwania danych internetowych bezpośrednio od firm rodzi ryzyko masowej inwigilacji, czyli pozyskiwania przez służby ogromnych ilości danych 'na wszelki wypadek'" – napisała w swojej opinii Fundacja Panoptykon.

W latach 2016-2020 nastąpił prawie 36-procentowy wzrost liczby danych, które policja i służby uzyskały od telekomów. Najwięcej dotyczyło danych telekomunikacyjnych (bilingi, logowania itp.). W 2016 roku było to 1,1 mln, a w 2020 roku już ponad 1,5 mln.

Jak stwierdził 9 kwietnia 2021 roku w swoim stanowisku rzecznik praw obywatelskich dr Adam Bodnar, "oznacza to ryzyko poważnych nadużyć". Przestrzegał: "Służby mogą na tej podstawie np. precyzyjnie odtwarzać różne aspekty życia prywatnego obywatela, zbierać dane o trybie życia, poglądach, upodobaniach czy skłonnościach".

Autor:  Piotr Jaźwiński
Źródło:  Konkret24; zdjecie: Paweł Supernak/PAP

Pozostałe

Trendy 2020 w dezinformacji. Nie tylko infodemia

Dezinformację w 2020 roku zdominował temat koronawirusa. Nowym zjawiskiem była infodemia, powstało nowe podłoże dla teorii spiskowych, a niektórzy naukowcy stali się źródłem fake newsów. Z drugiej strony, platformy społecznościowe reagowały na fake newsy zdecydowanie.

Jak walczyć z infodemią i fake newsami? Webinar Konkret24

Jak walczyć z fake newsami? Jak je weryfikować? Jak rozpoznawać? Co to infodemia i jak się do niej ma koronawirus? Zapraszamy na webinar Konkret24, przygotowany w ramach Festiwalu Cyfryzacji, organizowanego przez Fundację Digital Poland. Wskazówek udziela Beata Biel.

Trudny dostęp do niektórych danych o COVID-19 w Polsce. Dlaczego?

Podawane dane o zachorowaniach w Polsce na COVID-19 nie pozwalają tworzyć pogłębionych analiz czy porównań. Dostęp do niektórych informacji - jak wiek chorujących czy liczba pacjentów na oddziałach OIOM - jest utrudniony. Sprawdzamy, z czego to wynika.

"Operacja Czerwona Kartka". Dezinformacja z futbolem w tle

Facebook usunął w lutym ponad 100 kont, które wykorzystywano do dezinformacji - głównymi celami akcji były Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Tym razem sięgnięto m.in. po tematy sportowe. Na fałszywych kontach chwalono Katar jako przykładnego gospodarza piłkarskich imprez, a krytykowano angielski klub Manchester City należący do szejka ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Raport amerykańskiej firmy: 39 proc. tweetów o koronawirusie zmanipulowanych

Amerykańska firma informatyczna przeprowadziła analizę tweetów, których treść była związana z epidemią koronawirusa. Zgodnie z ustaleniami, aż 38,7 proc. z nich zawierało treści zmanipulowane bądź możliwe do wykorzystania na potrzeby celowej manipulacji. Jak sprawdził Konkret24, niektóre z fałszywych narracji pojawiają się także w Polsce. Na istnienie kampanii dezinformacyjnych wokół epidemii zwraca uwagę również rząd Stanów Zjednoczonych.