Na jego koncerty przychodziło kilka osób. 
Gwiazda rocka czy "wielkie kłamstwo"?
Miał być wschodzącą gwiazdą rocka. Miał porywać tłumy. Bilety na jego koncerty miały wyprzedawać się na pniu. Jednak w historii amerykańskiego zespołu Threatin niemal nic nie okazało się prawdą.

Historia Threatin stała się głośna dzięki wpisowi na Twitterze użytkownika Dana. "Ta historia fałszywego zespołu jest absolutnie fascynująca! Trasa koncertowa bez fanów, fałszywe filmiki z koncertów i kupione facebookowe lajki" - napisał.

Aktywny w sieci

Patrząc pobieżnie na aktywność Threatin w sieci, mogłoby się zdawać, że to młoda, wschodząca gwiazda rocka, która wybiera się w trasę koncertową do największych europejskich miast.

Jered Threatin przedstawia się w internecie jako artysta solowy z Los Angeles, grający rocka i hard rocka. Jest bardzo aktywny na Facebooku, Twitterze, Instagramie i na YouTube. Zamieszcza tam wpisy, które na pierwszy rzut oka nie budzą zastrzeżeń. Promuje swoją trasę po Europie, zapowiada koncerty, reklamuje swoje gadżety, single, płyty. Zamieszcza też piosenki i teledyski. Jego profil na Facebooku istnieje od 2012 roku i ma 38 tys. fanów. Profil na Twitterze jest aktywny od 2016 roku. Ma ponad cztery tysiące obserwujących.

Na kanale na YouTube są teledyski, filmiki zza kulis, piosenki. Każde wideo jest wyświetlane kilkadziesiąt tysięcy razy. Ponad milion odsłon ma opublikowany rok temu teledysk do piosenki "Living is dying". Funkcja pokazywania ile osób zasubskrybowało kanał jest przez jego twórcę wyłączona.

Jered ma też oficjalną stronę internetową, gdzie można kupić koszulki, bluzy, czapeczki, płyty, smycze. Wszystko z logotypem Threatin.

Na stronie jest też biografia artysty. Określa się tam jako wokalista, autor tekstów i multiinstrumentalista z Los Angeles. "Gdy nagrywamy w studiu, gram na każdym instrumencie. Na koncercie mogę grać jednocześnie tylko na jednym, więc mam szczęście, bo mam solidny zespół, który mnie wspiera", miał powiedzieć w jednym z wywiadów, który jest opublikowany na stronie. W internecie trudno o jego zdjęcia z innymi muzykami.

Jak można też przeczytać na stronie Threatina, po stworzeniu zespołu Jered rozpoczął występy na północy kontynentu, a "jego wyrazisty głos, niezwykłe zdolności muzyczne i umiejętność pisania niezapomnianych piosenek szybko przyciągnęły uwagę fanów i specjalistów branży muzycznej".

W 2014 roku miał podpisać lukratywny kontrakt z wytwórnią Superlative Music Recordings/SPV Records, która rok później miała wydać jego pierwszy singiel "Living is Dying". Ponoć ściągnęło go z sieci ponad 30 tysięcy osób. 

W 2015 roku zespół miał koncertować w USA i Kanadzie. W 2017 roku miał wydać płytę "Breaking the World". W produkcji miał pomagać nominowany do Grammy Greg Calbi, który współpracował m.in. z Johnem Lennonem, Davidem Bowie, czy Brucem Springsteenem.

Płyta miała osiągnąć "oszałamiający sukces" i zdobyć nagrodę Top Rock Artist of the Year. Kluczowe w opowieści o karierze Threatina są właśnie słowa "ponoć" i "miał".

Koncertowa klapa. "Cała historia Threatin to kłamstwo"

Jered zapowiadał swoją europejską trasę koncertową jako przełomowe wydarzenie. Nieprzypadkowo nazwał ją "Breaking the World Tour". W tym roku w Europie miał zagrać razem ze swoim zespołem w sześciu krajach: w Anglii, Szkocji, Irlandii, Francji, Włoszech i Niemczech. Prześledziliśmy jak trasa wyglądała i jakie wywołała reakcje. Każdy z występów okazał się klapą.

Zgodnie z zaprezentowanym harmonogramem, trasa miała rozpocząć się 1 listopada w Londynie w klubie Underworld. Klub został poinformowany przez kobietę podającą się za agentkę zespołu, że sprzedano z wyprzedzeniem 291 biletów. W rzeczywistości jednak okazało się, że na koncert przyszły... trzy osoby.

Odniósł się do tego klub, pisząc na Facebooku pod wydarzeniem stworzonym przez Threatin: "Co się stało ze sprzedanymi 291 biletami, o których mówiła Wasza agentka? Na koncercie pojawiły się trzy osoby! Nie kłamcie i nie kontaktujcie się więcej z nami".

Podobnie rzecz miała się kilka dni później w Bristolu, gdzie zespół miał grać w klubie Exchange. Według zapowiedzi sprzedano 180 biletów. Jeden z miejscowych muzyków, który gra w zespole Kamino był nawet bardzo podekscytowany faktem, że zagra na tej samej scenie co Threatin. "Czuję się wyjątkowo. Nie każdy może powiedzieć, że grał na tej samej scenie na wyprzedanym koncercie Threatin w Bristolu" - napisał na Twitterze.

Po koncercie zespół Kamino napisał jednak na Facebooku, że to była "dziwna noc". "Widzami na koncercie Threatin byliśmy tylko my i inny zespół. Odkryliśmy, że taka sama sytuacja miała miejsce wcześniej w innych klubach. Cała historia Threatin to kłamstwo" - napisali muzycy Kamino.

7 listopada Threatin zagrał koncert w klubie "The Rebellion". Jak donosi portal Manchester Evening News, były na nim dwie osoby. Portal pisze, że kobieta podająca się za menadżerkę zespołu zapewniała wcześniej, że sprzedano 221 biletów, co okazało się nieprawdą. Klub na Twitterze umieścił zdjęcie z koncertu, na którym widać niemal całkowicie pustą salę.

W Birmingham zespół zagrał dla jednej osoby. Klub, w którym odbył się koncert napisał potem na Twitterze: "Wczoraj mieliśmy koncert. Wokalista powiedział nam, że sprzedał 150 biletów, ale tak naprawdę sprzedał jeden". Koncert się odbył, ponieważ, jak poinformował klub, Threatin zapłacił wcześniej za salę.

 

Późniejszy koncert w Belfaście Jered odwołał w ostatniej chwili bez podania powodu. "Jeśli kupiliście bilety na dzisiejszy koncert zespołu Threatin, to oboje możecie dostać zwrot za bilety" - nie bez złośliwości napisał na swoim profilu na Twitterze klub, którym miał odbyć się koncert. W swoim wcześniejszym wpisie podał, że jego wynajęcie zostało opłacone z góry.

Jak się można dowiedzieć z opisu wydarzenia na Facebooku, koncert w Paryżu, który miał się odbyć 13 listopada, także został odwołany.

Zapowiedź koncertu w Bergamo 15 listopada zniknęła ze strony klubu Druso, a z kolei klub z niemieckiego Weinheim napisał na swojej stronie na Facebooku, że koncert, który Threatin miał zagrać dzień później, został przez zespół odwołany.

Nieistniejąca agencja PR

Według informacji zamieszczonej na facebookowym profilu Threatin do obsługi medialnej korzysta z usług agencji Magnified Media PR. Wszystko wskazuje na to, że agencja w rzeczywistości nie istnieje. Nie można jej znaleźć nigdzie w Internecie z wyjątkiem jej strony internetowej, na której jest tylko ogólny opis jej działalności. Nie ma żadnych innych danych, choćby kontaktowych.

Skontaktowaliśmy się z agencją o podobnej nazwie, ale ta zaprzeczyła, żeby współpracowała z Threatin. - Nasza agencja nazywa się Magnified PR, a nie Magnified Media PR i nie współpracujemy z takim zespołem - odpisał nam Gabe Roy współzałożyciel agencji.

Na jednej ze stron internetowych dla agencji PR do publikowania komunikatów prasowych, znaleźć można trzy notatki od Magnified Media PR. Wszystkie trzy dotyczą Threatin. Zamieszczony tam adres email nie działa.

Nieistniejąca wytwórnia płytowa

Jak podawał Jered, jego płytę wydała wytwórnia Superlative Music Recordings. Na jej stronie internetowej można było jeszcze niedawno przeczytać, że rzekomo istnieje od 2006 roku. Wcześniej, ta sama strona mówiła o roku powstania jako 1964. Obecnie ta data i stary opis znów są przywrócone.

leftright

Poza tą stroną w sieci nie ma o SMR żadnej informacji z wyjątkiem tego, że jej logotyp pojawia się na produktach sprzedawanych w sklepie Threatin.

Według opisu na stronie, wytwórnię założyli John Nobal i Ken Burns. O tym pierwszym sieć milczy. Ken Burns to m.in. znany amerykański filmowiec. Wyszukiwanie w Google artystów, których płyty wytwórnia miała wydać, nie przynosi pozytywnych dla niej rezultatów. Cześć artystów w ogóle nie istnieje, a ci, którzy istnieją, nigdy z SMR nie mieli nic wspólnego.

Greg Calbi, który miał współpracować z Threatin to postać autentyczna. Rzeczywiście współpracował z Johnem Lennonem, Davidem Bowie, czy Brucem Springsteenem. Jednak wśród ponad trzech tysięcy płyt, które do tej pory wyprodukował, nie ma “Breaking the World” zespołu Jereda Threatina.

Nieistniejąca nagroda

Podejrzanie wygląda również strona Top Rock Press, która ma być portalem traktującym o muzyce rockowej, a który miał w 2017 roku nagrodzić Theartin nagrodą Artysty Roku. "Zespół dotarł do szerokiego grona słuchaczy ze swoim hitowym singlem 'Living is Dying' i szybko stał się sławny. Wkrótce potem trafił na półki ich pierwszy album "Breaking the World", który do tej pory bije rekordy" - czytamy na stronie portalu. Jednak o tej nagrodzie Internet milczy. Milczy również na temat poprzednich artystów, którzy by mieli być nią nagrodzeni.

Przy bliższym spojrzeniu okazuje się z kolei, że wywiady z artystami zamieszczone na Top Rock Press są przedrukami tekstów, które pierwotnie ukazały się na innych stronach internetowych. Odnośniki do mediów społecznościowych, które są na dole strony nie są aktywne, czyli Top Rock Press nie ma nigdzie w mediach społecznościowych.

"Jesteście częścią iluzji"

W środę na Facebooku i Twitterze Jered napisał: "Co to jest fake news? Przekształciłem pusty pokój w 'międzynarodowy nagłówek'. Jeśli to czytacie, jesteście częścią iluzji". To jedyny jego komentarz do całej sprawy.

Wśród ponad trzystu osób, które mu odpowiedziały, był Shane Dickinson. Napisał: "Czy TY naprawdę chcesz, żeby ludzie uwierzyli, że spędziłeś dwa lata wydając tysiące dolarów, żeby udowodnić, że takie surrealistyczne historie mogą trafić do mediów? Nie jestem pewien, co czyni Cię większym głupcem".

Przyzwoity muzyk

Jak donosi amerykański portal muzyczny Stereogum, Jered Threatin to tak naprawdę 29-letni Jered Eames. Pochodzi z niewielkiej miejscowości Moberly w Missouri (USA), a obecnie mieszka w Kalifornii, około 130 km od Los Angeles.

Jego wcześniejszy zespół, Saetith, w którym także był multiinstrumentalistą i wokalistą, największe sukcesy odnosił właśnie w Missouri, gdzie grał przed koncertami lokalnych zespołów. W 2010 r. Jered był w zespole black metalowym Aigail Williams - potwierdził to na Facebooku lider zespołu: "O Boże! Ten koleś był w Abigail Williams przez tydzień w 2010 roku. Kiedyś go zobaczyłem i pomyślałem sobie, że wygląda podejrzanie znajomo, ale potem uznałem, że to niemożliwe, by to był on. Ale to on". Pod jego wpisem zaczęli odzywać się inni muzycy i fani muzyki metalowej, którzy gdzieś przez chwilę spotkali Eamesa vel. Threatina.

"Ta historia staje się coraz lepsza", pisze większość komentujących. Ken Sorceron, który z Eamesem współpracował, zwraca jednak uwagę, że był on przyzwoitym muzykiem. "Tak, to smutna część tej historii. Gdyby podszedł do sprawy uczciwie i z pokorą, prawdopodobnie mógłby osiągnąć jakiś sukces w tym biznesie", dodał muzyk Shane McFee.

Autor:  Jan Kunert
Źródło:  Konkret24; Guardian, metalsucks.net; zdjęcie ilustracyjne: Pixabay (Public Domain)