Zełenski, "50 milionów dla opozycji" i kampania Orbana. A w tle większy gracz

Zełenski, 50 milionów dla opozycji i kampania Orbana. A w tle inny gracz
Jak 16 lat rządów Orbana zmieniło Węgry? Materiał Jakuba Loski
Źródło: TVN24 BiS
Ukrainiec zbiegły na Węgry miał ujawnić, że jego kraj finansował kampanię opozycyjnej węgierskiej partii Tisza. W oparciu o tę historię internauci - także w Polsce - piszą o "kolejnej próbie wpływania na wybory w UE". Tylko że akurat ta historia, zresztą wątpliwa, może być dowodem na ingerencję w wybory na Węgrzech przez zupełnie inny kraj.

Premier Węgier Viktor Orban i jego partia Fidesz oparli swoją kampanię przedwyborczą na strachu - konkretnie: straszeniu obywateli Ukrainą i jej wpływami. Przekonują Węgrów, że jeśli 12 kwietnia 2026 roku władzę przejmie opozycyjna partia Tisza, to jej lider Peter Magyar będzie wiernie realizował wszystkie polecenia prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i wyśle węgierskich żołnierzy lub nawet zwykłych obywateli na wojnę. Na dwa tygodnie przed wyborami między innymi w polskiej sieci można czytać przekazy, jakoby Zełenski od dawna finansuje kampanię partii Tisza, co miałoby skutkować tym, że Peter Magyar będzie w razie zwycięstwa spłacał Ukrainie dług wdzięczności.

Według autorów takich postów w mediach społecznościowych, informacje o finansowaniu partii Tisza przez Ukrainę miały pochodzić od byłego oficera ukraińskiego wywiadu, który uciekł do Budapesztu. Rzekomo zdradził on, że Kijów wysyłał węgierskiej opozycji tygodniowo pięć milionów euro lub dolarów (w zależności od wpisu). W Polsce te sensacje publikowano głównie na profilach znanych z treści prorosyjskich i antyukraińskich.

"Skorumpowany Zełenski wysyłał węgierskiej partii opozycyjnej Cisa pięć milionów dolarów tygodniowo w gotówce. Oświadczył b. oficer ukraińskiego wywiadu, który zdezerterował do Budapesztu" - napisał jeden z anonimowych użytkowników platformy X (pisownia postów oryginalna). "Według niego pieniądze miały napływać od listopada 2025, a na kampanię planowano przekazać 50 milionów dolarów. Ukraina, po Izraelu, jest największym zagrożeniem dla Europejczyków" - dodał, a całą sprawę określił "kolejną próbą wpływania na wybory w Unii Europejskiej".

FAŁSZ
Wpisy są podobnej treści, choć podawano różne waluty środków, jakimi Ukraina miała wspierać opozycję na Węgrzech
Wpisy są podobnej treści, choć podawano różne waluty środków, jakimi Ukraina miała wspierać opozycję na Węgrzech
Źródło: x.com

Podobnie brzmiał inny wpis na polskojęzycznym koncie na X, choć jego autor informował o kwotach w euro, nie w dolarach. "Zełenski wysyłał węgierskiej partii opozycyjnej 'Cisa' 5 milionów euro tygodniowo w gotówce. Powiedział o tym były oficer ukraińskiego wywiadu, który uciekł do Budapesztu. Według niego pieniądze płyną od listopada 2025 roku; na kampanię wyborczą planowało się przekazać 50 milionów euro" - informował internauta.

Oba wpisy intensywnie komentowano i przekazywano dalej. Oskarżenia pod adresem Zełenskiego padły na podatny grunt: wielu komentujących twierdziło, że właśnie na takie cele Ukraina przeznacza pieniądze z pomocy ofiarowanej jej teraz m.in. przez Polskę czy Unię Europejską. "Skąd pan ekscelencja dysponuje takimi finansami aby jeszcze komus przekazywac? A moze z darowizn Unii , albo z Polski?"; "A ty myślisz że ta kasa co wysyła to czyja jest? Pewnie z darowizn z UE"; "A my jak durnie sypiemy grosiwem, płacimy starlinki, leczymy za darmochę" - to przykładowe komentarze. Jak więc widać, wykorzystywanie Ukrainy jako straszaka to również metoda sprawdzająca się wśród części polskich odbiorców. Znana zresztą od dawna i stosowana jako jeden z głównych elementów rosyjskiej dezinformacji.

A narracja o wpływaniu Ukrainy na wybory na Węgrzech to część kampanii dezinformacyjnej prowadzonej teraz przez rząd Viktora Orbana.

Informator bez twarzy i głosu

Autorzy polskich wpisów nie zdradzili, skąd wzięli informacje o ukraińskim finansowaniu partii Tisza. Nic dziwnego, bo nie dodałoby to wiarygodności tej historii. Otóż na jednym z kanałów publicznej węgierskiej telewizji pod koniec marca 2026 roku wyemitowano wywiad z rzekomym byłym współpracownikiem ukraińskiego wywiadu i armii. "Dezerter" - jak sam siebie nazywał - miał ujawnić, że Kijów od pół roku nielegalnie przekazał partii Tisza ponad 50 milionów euro. Według jego relacji osobistą kontrolę nad tym procesem sprawował Wołodymyr Zełenski.

Ta historia nie brzmi jednak wiarygodnie - telewizja publiczna na Węgrzech jest w całości kontrolowana przez rządzący Fidesz, a jej domniemany informator był tak anonimowy, że trudno uwierzyć w jego istnienie. W wywiadzie nie tylko zniekształcono lub wygenerowano jego głos, ale nie pokazano nawet zakrytej twarzy czy zanonimizowanego nagrania. Nie pokazano żadnego dowodu, że taka osoba w ogóle istnieje. Ten materiał telewizji opublikował potem na Facebooku jeden z polityków Fideszu, więc się rozchodzi w mediach społecznościowych.

Rosyjskie i białoruskie wzmożenie informacyjne

Zastanawiające jest również to, że historia z informatorem znacznie popularniejsza niż na Węgrzech stała się... w Rosji i Białorusi. W węgierskich mediach niezwiązanych z Fideszem trudno szukać wzmianek o wywiadzie z "dezerterem", podczas gdy rosyjska agencja informacyjna TASS szeroko opisywała jego rewelacje już dwa dni po rozmowie. Rosjanie podkreślali, że na Węgrzech zagraniczne finansowanie partii politycznych jest przestępstwem, ale "poseł do Parlamentu Europejskiego (Peter - red.) Magyar korzysta z immunitetu".

"Ukraiński uciekinier stwierdził, że Kijów przekazał węgierskiej opozycji 120 milionów euro" - pisze rosyjska agencja
"Ukraiński uciekinier stwierdził, że Kijów przekazał węgierskiej opozycji 120 milionów euro" - pisze rosyjska agencja
Źródło: tass.ru

Kontrolowany przez białoruskie władze portal news.by starał się natomiast nagłośnić te informacje w innych krajach europejskich, dlatego opublikował artykuł na ten temat po angielsku.

Nie ma wątpliwości, że polskojęzyczne wpisy są bezpośrednimi tłumaczeniami z innego języka, ponieważ partię Petera Magyara nazwano w nich "Cisa", co jest błędem w tłumaczeniu maszynowym, które nazwę "Tisza" zmienia na nazwę rzeki. Niewykluczone więc, że w polskiej sieci ta informacja była częścią kampanii, w której rolę rozsadników odegrały rosyjskie i białoruskie media państwowe.

Orban forsuje przekaz, że Ukraińcy pomagają opozycji

Sam wywiad z "dezerterem" wyemitowany w publicznej węgierskiej telewizji posłużył Viktorowi Orbanowi do uwiarygodnienia jego narracji o ukraińskim finansowaniu partii Tisza. Węgierski premier forsuje ten przekaz już od miesięcy, ale w marcu przeszedł wręcz do ofensywy.

Zaczęło się od zatrzymania 5 marca siedmiu obywateli Ukrainy, którzy z Austrii przewozili duże ilości gotówki i złota do ukraińskiego banku. Węgierski rząd oskarżył ich o pranie brudnych pieniędzy i wykorzystał w antyukraińskiej dezinformacji jako dowód na skorumpowanie ukraińskich władz. Tydzień po zatrzymaniu Ukraińców premier Orban stwierdził wprost, że Ukraina nielegalnie finansuje kampanię węgierskiej opozycji.

Wywiad z domniemanym byłym ukraińskim współpracownikiem wywiadu posłużył Orbanowi do połączenia obu tych przekazów. "Dezerter" wprost stwierdził mianowicie, że część pieniędzy z zatrzymanego konwoju miała trafić do partii Tisza. Orban w nagraniu opublikowanym w sieci mówił więc o władzach Ukrainy: "Chcą proukraińskiego rządu, wysyłają ukraińskich agentów i pomagają proukraińskiej opozycji. (...) Zełenski płaci w ukraińskim złocie i dolarach tym, którzy chcą wspierać ukraińską wojnę. Zakończymy to na Węgrzech".

Do dziś nie pokazano jednak żadnych dowodów na finansowanie partii Tisza przez Ukraińców. Informacje podawane między innymi w polskich mediach społecznościowych wpisują się w kampanię dezinformacyjną prowadzoną przez węgierski rząd. I mogą być częścią szerzej akcji, za którą stoją ośrodki poza Węgrami.

Czytaj także: