Senat 13 października 2026 roku przyjął z poprawkami nowelizację ustawy wdrażającej w Polsce unijny akt o usługach cyfrowych (Digital Service Act, DSA). Do prac nad projektem wrócono po atakach w szkołach w Leszczydole-Nowinach (15-latek zaatakował ostrym narzędziem szkolną woźną, kobieta zmarła) i Ostrołęce (19-letni uczeń szkoły zaatakował w niej siedem osób). Rząd przekonuje, że ustawa pozwoli na skuteczne blokowanie nielegalnych treści w internecie, co może zapobiec podobnym incydentom w przyszłości.
Teraz senackie poprawki musi zatwierdzić Sejm, a następnie ustawa trafi na biurko prezydenta. Nie wiadomo jednak, co zrobi Karol Nawrocki, ponieważ wokół projektu trwa polityczna dyskusja. "Bez tych przepisów polski internet jest pełen ścieku" - mówił po głosowaniu w Senacie wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. "Bez tych przepisów nie możemy skutecznie chronić dzieci w internecie, nie możemy chronić starszych w internecie" - podkreślał i ostrzegał, że "brak podpisu pod tą ustawą będzie wzięciem odpowiedzialności przez prezydenta za to, że pojawiają się nielegalne treści".
Przedstawiciele opozycji krytykują jednak ustawę, podsuwając prezydentowi argumenty przeciwko jej podpisywaniu. Ich zdaniem przepisy nie tylko nie dają policji i służbom żadnych nowych narzędzi, ale wprowadzają polityczną cenzurę w internecie. "Macie wszystkie narzędzia, zarówno jeśli chodzi o policję, jak i służby, do tego, aby dziś blokować tego typu treści" - mówił do rządzących 11 października w "Śniadaniu Rymanowskiego" w Polsat News doradca prezydenta Błażej Poboży. "Próbujecie tylnymi drzwiami wprowadzić możliwość cenzorowania treści w internecie, co szczególnie w perspektywie przyszłorocznych wyborów jest bardzo niebezpieczne" - dodawał.
Tego samego zdania był europoseł PiS Adam Bielan. Przypomniał unijne rozporządzenie z 2021 roku i ustawę z 2024 roku o zagrożeniu terrorystycznym, które jego zdaniem "pozwala służbom usuwać wszystkie treści". Przepisy wdrażające w Polsce unijny Akt o usługach cyfrowych to dla Bielana "nic innego, jak próba cenzurowania internetu", a ich wejście w życie "to byłby koniec wolności słowa w internecie".
"Prawda jest o wiele mniej sensacyjna" - komentuje te narracje ekspertka. I mówi, co w przypadku tej ustawy jest kluczowe.
Narracje polityczne, nie merytoryczne
Zacznijmy od tego, że prezydent już raz w styczniu 2026 roku zawetował ustawę wdrażającą unijny DSA, a jego argumenty były zbliżone do tych podnoszonych teraz przez opozycję. "Nie mogę podpisać ustawy, która w praktyce oznacza administracyjną cenzurę" - mówił Karol Nawrocki. Jednocześnie zaprosił Ministerstwo Cyfryzacji do wspólnego przygotowania nowego projektu.
Nowy projekt jest więc nieco inny od zawetowanego. Po pierwsze - wydzielono z niego przepisy dotyczące blokowania nielegalnych treści i to właśnie tę ustawę już niedługo prezydent otrzyma do podpisu. Po drugie Senat wprowadził do ustawy poprawki, o które zabiegał prezydencki minister Zbigniew Bogucki. Chodzi o natychmiastową wykonalność w przypadku pojawiania się najcięższych przestępstw oraz skrócenie vacatio legis.
Jeśli wierzyć politycznym narracjom, prezydent będzie musiał zdecydować, czy ta ustawa to klucz do bezpiecznego internetu, czy jednak zagrożenie dla wolności słowa, a do tego narzędzie niepotrzebne służbom. Prezeska Fundacji Panoptykon Katarzyna Szymielewicz, która od początku śledzi prace nad wdrożeniem DSA, w komentarzu dla Konkret24 stwierdza jednoznacznie:
W naszej ocenie obie te narracje mijają się z prawdą. Rząd obiecuje więcej, niż to prawo może zdziałać, a krytycy straszą narzędziami, których w ustawie nie ma.Katarzyna Szymielewicz, Fundacja Panoptykon
"Bezpieczniki" wyłączają cenzurę
Najpierw argumenty opozycji. "Nie jest prawdą, że nowa ustawa pozwoli na arbitralne cenzurowanie treści w sieci" - pisze wprost Katarzyna Szymielewicz i wymienia "bezpieczniki" zawarte w projekcie. "Żaden urząd nie dostanie do ręki 'czerwonego guzika'. Urząd Komunikacji Elektronicznej i Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będą mogły jedynie żądać blokady od operatora platformy. I to nie każdej treści, a jedynie takiej, która wypełnia znamiona przestępstw wymienionych w ustawie" - wymienia ekspertka.
Wyjaśnijmy: główny mechanizm zawarty w ustawie to możliwość wydawania nakazów blokowania nielegalnych treści przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji lub sądy. Te treści zostały jednak dokładnie wymienione w ustawie: to poważne przestępstwa opisane w Kodeksie karnym, w tym zlecenie zabójstwa, namawianie do samobójstwa czy handel ludźmi. W kontekście ochrony małoletnich szczególnie ważne są:
- prezentowanie małoletniemu poniżej lat 15 treści pornograficznych;
- nawiązywanie kontaktu z małoletnim poniżej 15 lat, za pośrednictwem systemu teleinformatycznego lub sieci telekomunikacyjnej, w celu popełnienia przestępstwa seksualnego;
- publiczne propagowanie lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim;
- publiczne prezentowanie, produkcja, rozpowszechnianie, przechowywanie treści pornograficznych, zwłaszcza z udziałem małoletnich.
Po zidentyfikowaniu takiej treści Urząd Komunikacji Elektronicznej będzie zwracał się do portalu lub platformy z wnioskiem o jej zablokowanie. Nie będzie to cenzura, tym bardziej polityczna, ponieważ - jak zauważa Katarzyna Szymielewicz - "na tej liście nie ma pospolitego hejtu, zwykłych oszczerstw, pomówień ani krytyki rządu".
To nie koniec "bezpieczników": jeśli zgłoszenia będą dotyczyć treści, które zdaniem krytyków ustawy mogą zagrażać wolności słowa, o blokadzie nie będzie decydować UKE, tylko sąd. Mowa o zgłoszeniach gróźb bezprawnych, treści propagujących totalitaryzm i nawołujących do nienawiści i przypadki publicznego znieważenia z powodu przynależności narodowej. Ponadto sąd otrzyma na decyzje aż 14 dni. "To bardzo długo jak na tempo rozchodzenia się informacji w sieci. Ale też bardzo szybko jak na wymiar sprawiedliwości. W naszej ocenie to dobry kompromis" - komentuje prezeska Fundacji Panoptykon.
Ustawa powiela narzędzia? Jest "luka"
Cenzura to więc nietrafiony argument. Ale może ustawa rzeczywiście powiela narzędzia, które już teraz mają polskie służby? Katarzyna Szymielewicz tłumaczy, że tylko jeśli chodzi o treści terrorystyczne.
"Dzisiaj mamy jedynie szczątkowe przepisy pozwalające interweniować w przypadku treści rażąco naruszających prawo. Najskuteczniejszy mechanizm tego typu wprowadziło rozporządzenie Unii Europejskiej z 2021 roku, ale tylko dla 'pochwalania, werbunku i instruktażu przestępstw terrorystycznych'" - wspomina dokument, o którym mówił Adam Bielan. "Platforma (hostingodawca) ma zaledwie godzinę na usunięcie treści terrorystycznej od otrzymania nakazu. W Polsce takie nakaz wydaje Szef ABW i jest to decyzja ostateczna podlegająca natychmiastowemu wykonaniu. Za niewykonanie grozi kara w wysokości do czterech procent łącznego obrotu" - tłumaczy.
I jednocześnie zbija argument, że ustawa wdrażająca DSA powielałaby te uprawnienia:
Analogicznej szybkiej ścieżki nie ma policja ani prokuratura, nawet w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia (np. w przypadku namawiania do samobójstwa) czy obrazów seksualnego wykorzystywania dzieci (CSAM). Uważamy, że tę lukę w polskim prawie trzeba uzupełnić.Katarzyna Szymielewicz, Fundacja Panoptykon
Jest potrzebna, ale "nie naprawi internetu"
Z drugiej strony ekspertka apeluje, żeby nie łudzić się, że "przyjęcie jakiegokolwiek prawa w Polsce naprawi internet". Oczywiście po przyjęciu ustawy służby będą mogły nakazywać blokowanie nielegalnych treści, ale na platformach społecznościowych nie będzie to natychmiastowa blokada, a jedynie prośba wysyłana do administratorów.
Taka procedura może być o tyle nieskuteczna, że - jak pisze Szymielewicz - winne obecnemu stanowi rzeczy są właśnie owe platformy, a konkretnie "algorytmy żerujące na uwadze i emocjach użytkowników i użytkowniczek, bo to one podbijają treści sensacyjne, niskiej jakości, a personalnie ludzie, którzy je projektują i na nich zarabiają".
Mimo tych niedociągnięć Fundacja Panoptykon uważa ustawę za potrzebną. "Dziś ani policja, ani sądy, ani urzędy nie mają podstawy prawnej, żeby domagać się usuwania nielegalnych treści od platform takich jak YouTube, Instagram, TikTok czy X. Nie mogą też pomóc ludziom, których konta albo treści zostały niesłusznie zablokowanie. I to trzeba zmienić. Potrzebujemy tej ustawy, żeby załatać absurdalną lukę w polskim prawie" - podsumowuje prezeska Fundacji Panoptykon.