Mentzen jeździ po Polsce. I zmyśla

Gdzie się nie pojawi, to kłamie. Mentzen objeżdża Polskę
Generał Roman Polko o słowach Mentzena: to jest problem dla armii, obrażono ich dowódcę
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Marian Zubrzycki/PAP
"Są ładne statystyki", "wyszło mi, że...", "to jest w dokumentach" - tak argumentuje Sławomir Mentzen swoje tezy wygłaszane ostatnio publicznie podczas trasy po Polsce. Przytaczane przez niego liczby czy fakty nieraz bardziej służą mu do budowania politycznych tez niż do przedstawiania rzeczywistości. Bo z tą się rozjeżdżają.

Jeden z liderów Konfederacji poseł Sławomir Mentzen rozpoczął wiosną 2026 roku trasę po Polsce w ramach inicjatywy Projekt 27. Nazwa wzięła się z tego, że deklarowanym celem spotkań jest wypracowanie programu wyborczego Konfederacji na wybory parlamentarne w 2027 roku. W miastach wojewódzkich Mentzen bierze udział w panelach eksperckich poświęconych 18 obszarom tematycznym. Równolegle trwa trasa "Zapytaj Mentzena!", podczas której na spotkaniach z sympatykami mogą oni zadawać pytania posłowi Konfederacji (jest też liderem Nowej Nadziei).

Tezy poruszane na spotkaniach z sympatykami Mentzen chętnie rozwija w wywiadach, podczas których może swobodnie przedstawiać swój punkt widzenia . "Fakty nie obrażają" - stwierdził niedawno w podcaście "Rymanowski Live".

Sęk w tym, że Mentzen - podając jakieś fakty - robi to nieraz wybiórczo, interpretuje je bez kontekstu bądź wręcz manipulacyjnie. Cytuje niby fakty, które pasują do jego tez, mimo że w rzeczywistości owych tez nie potwierdzają. Poniżej kilka przykładów z ostatnich tygodni.

Szkoła bez uczniów? Mentzen pominął zarówno powód, jak i finał tej historii

13 maja Sławomir Mentzen w ramach spotkań z cyklu Projekt 27 odwiedził Łódź. Mówiąc o samorządach, chciał wykazać, że jest w nich "mnóstwo absurdów". Jako dowód przywołał historię szkoły bez uczniów, którą gmina musi utrzymywać. "Spotkałem przykład w Polsce szkoły, której nie ma ani jednego ucznia. Za to jest kilkunastu nauczycieli. Rada gminy gmina musi utrzymywać taką szkołę, bo kurator nie zgadza się na likwidacji szkoły bez uczniów. Bo ważne, żeby nauczyciele mieli pracę, a nie żeby gmina te pieniądze wydawała sensownie" - opowiadał Mentzen (pisownia cytatów oryginalna).

Nie podał, o którą placówkę mu chodzi, ale to, co mówił, odpowiada sytuacji Szkoły Podstawowej w Drożkach (województwo wielkopolskie). To była głośna historia. Z medialnych doniesień wynika, że wójt gminy Rychtal w lutym 2025 roku wniósł do wielkopolskiego kuratora oświaty o zaopiniowanie likwidacji szkoły w Drożkach. Powodem było powstanie nowo wybudowanej podstawówki w Rychtalu, miejscowości oddalonej o siedem kilometrów. Kurator wydał opinię negatywną. Od września 2025 roku szkoła w Drożkach formalnie istnieje, ale stoi pusta - rodzice sami przenieśli bowiem swoje dzieci do szkoły w Rychtalu, a nauczyciele otrzymali wypowiedzenia i odprawy. Na utrzymaniu gminy pozostał pusty budynek i dyrektorka (nie jest więc prawdą, że nauczyciele tam "mają pracę"). O sprawie zrobiło się głośno w lutym 2026 roku, gdy opisały ją krajowe media.

W wydanym wówczas oświadczeniu wielkopolski kurator oświaty tłumaczył, że odmowna decyzja wynikała z faktu, iż na moment jej wydawania budynek nowej szkoły "nie był formalnie dopuszczony do użytkowania oraz nie był obiektem ukończonym". Tak więc w 2025 roku "brak było podstaw do stwierdzenia, że od dnia 1 września uczniowie będą mieli zapewnione warunki nauki w obiekcie spełniającym wszystkie wymagania formalne i techniczne".

Natomiast w maju tego roku, gdy Mentzen opowiadał o szkole bez uczniów, sprawa była już rozwiązana. Na początku kwietnia kurator wydał zgodę na likwidację szkoły podstawowej w Drożkach, ma się to stać ostatecznie 1 sierpnia tego roku.

Miliard złotych na Ukraińców w poprawczakach? "Wyssane z palca"

W programie "Rymanowski Live" na YouTubie w maju Sławomir Mentzen opowiadał, że "utrzymanie Ukraińców w poprawczakach" kosztuje Polskę 1,2 mld zł. Dopytany przez prowadzącego, ilu dokładnie młodych Ukraińców przebywa w polskich zakładach poprawczych, Mentzen nie podał liczby, odpowiedział jedynie: "To jest bardzo proste. Raz: utrzymanie kogoś w poprawczaku jest drogie. Dwa: dla wszystkich musimy zapewnić lekcję, bo to zgodnie z polską konstytucją trzeba kształcenie każdemu z tych Ukraińców zapewnić. Jak się policzy, to też to jest w dokumentach, (…) ja sobie tego nie wymyśliłem".

I dalej przekonywał: "Koszt utrzymania osoby w poprawczaku razy liczba Ukraińców w poprawczaku razy dwanaście miesięcy to miliard dwieście milionów". Jego pomysłem na zaoszczędzenie tej kwoty jest deportacja obywateli Ukrainy przebywających w polskich zakładach poprawczych.

Ta wypowiedź odbiła się szerokim echem, komentowali ją politycy i dziennikarze. Na słowa Mentzena zareagowała Maria Ejchart, wiceministra sprawiedliwości zajmująca się między innymi placówkami resocjalizacyjnymi, która zdementowała sensacje posła Konfederacji. "Sławomir Mentzen po raz kolejny pokazuje, że liczby służą mu wyłącznie do straszenia ludzi, a nie do opisywania rzeczywistości" - napisała Ejchart na platformie X. Dodała, że podane przez niego 1,2 mld zł to "dane wyssane z palca". "Cały roczny budżet na funkcjonowanie wszystkich placówek poprawczych w Polsce jest kilkukrotnie niższy niż kwota, którą Pan przypisał samym obcokrajowcom. To nie jest pomyłka - to świadome budowanie narracji na kłamstwie, po to by podkręcić emocje" - dodała.

W odpowiedzi na pytania Konkret24 Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało, że koszt utrzymania obywateli Ukrainy w zakładach poprawczych wynosi 1,3 mln zł miesięcznie - to rocznie ponad 100 razy mniej niż mówił Sławomir Mentzen. Resort informuje, że w poprawczakach przebywa obecnie troje nieletnich Ukraińców, a łącznie w placówkach dla nieletnich jest ich 29 (20 w okręgowych ośrodkach wychowawczych, 5 w schroniskach dla nieletnich). Stanowią 3,2 proc. wszystkich wychowanków tych placówek.

Koszt utrzymania wychowanka w zakładzie poprawczym w 2025 roku - oczywiście niezależnie od jego narodowości - wynosił niecałe 36 tys. zł. W tej kwocie zawierają się już jednak świadczenia na jego utrzymanie, w tym na edukację, oraz koszty funkcjonowania placówki, w tym wynagrodzenia dla pracowników. Nie wiadomo, w jakich "dokumentach" Sławomir Mentzen znalazł kwotę 1,2 mld zł.

Tysiące aresztowań w Wielkiej Brytanii "za wpisy na Twitterze"? Bzdura

Na początku maja Mentzen został zatrzymany na jednym z londyńskich lotnisk. Po ponad trzech godzinach funkcjonariusze zwrócili mu paszport i zezwolili na opuszczenie portu lotniczego. W programie Bogdana Rymanowskiego polityk Konfederacji stwierdził: "Brytyjczykom coraz mniej podoba się w Wielkiej Brytanii. To jest państwo, gdzie jest coraz bardziej ograniczana wolność słowa. Jeżeli rocznie tam jest aresztowanych dwanaście tysięcy ludzi za to, co napisali na Twitterze, to nie jest normalne". Mentzen przekonywał, że to "więcej niż Białoruś i Rosja razem wzięte" oraz "chyba nawet więcej niż w Chinach".

Pomińmy porównywanie Wielkiej Brytanii (zachodniej demokracji) do Chin (komunistycznego reżimu, gdzie krytyków i opozycję zamyka się w obozach, a prawdziwych liczb nie zna nikt) - bo tu już sięgamy do granic absurdu. Zaś co do liczby 12 tys.: była ona w zestawieniu przywoływanym wcześniej przez ludzi Grzegorza Brauna. Prezentowali rzekomo 19 "krajów z najwyższą liczbą aresztowań za komentarze online" (a nie za "wpisy na Twitterze"). Na tej liście pierwsze miejsce zajmowała Wielka Brytania (12,2 tys.), dalej Białoruś (6,2 tys.), Rosja (3,5 tys.) i Chiny (1,5 tys.). W 2025 roku internauci na platformie X publikowali to jako szacunki za 2023 rok opracowane na podstawie wielu źródeł.

Brak definicji "aresztowań za komentarze online", spójnej metodologii czy wspólnego źródła danych dla wszystkich tych państw sprawia, że rozpowszechniane w sieci zestawienie to żadne oficjalne i porównywalne statystyki, a jedynie szacunki, do których należy podchodzić ostrożnie.

Czy faktycznie w Wielkiej Brytanii ponad 12 tys. osób rocznie trafia do więzienia "za wpisy na Twitterze"? Nie, to nieprawda. Liczba 12 183 aresztowań w Wielkiej Brytanii w 2023 roku pochodzi z artykułu "The Times" z kwietnia 2025 roku i dotyczy zatrzymań na podstawie brytyjskich przepisów o komunikacji (art. 127) i złośliwej komunikacji (art. 1). Te przepisy uznają za niezgodne z prawem wywoływanie cierpienia przez wysyłanie "rażąco obraźliwych" wiadomości online lub udostępnianie treści o "nieprzyzwoitym, obscenicznym lub groźnym charakterze". Tę opublikowaną przez Bibliotekę Izby Lordów analizę wykorzystano w materiale "The Times". Jej autorzy zwracają uwagę, że liczba skazań i wyroków w sprawach za przestępstwa z tych dwóch artykułów "drastycznie" spadła - z niemal 2 tys. w 2015 roku do nieco ponad 1 tys. w 2023 roku.

Wzrost rejestrowanych gwałtów wskutek imigracji? Eurostat wyjaśnia powód

6 maja w Pruszczu Gdańskim, w trakcie sesji Q&A, Sławomir Mentzen zwrócił się do nastolatka, który zadał mu pytanie o migracje: "Zastanawiał się pan, dlaczego w Europie Zachodniej przez ostatnie dziesięć lat liczba gwałtów zwiększyła się o sto pięćdziesiąt procent?". Gdy chłopak zaprzeczył, polityk odparł: "A ja się zastanawiałem. Wyszło mi, że to ma związek z imigracją z krajów dzikich kulturowo".

Mentzenowi wyszła raczej manipulacja. Eurostat, wskazując na wzrost o 150,4 proc. liczby odnotowanych przestępstw gwałtu w latach 2014-2024, odnosił się do państw Unii Europejskiej (bez danych z Włoch i Wielkiej Brytanii, która formalnie opuściła UE w 2020 roku), a nie wyłącznie do Europy Zachodniej. Zestawienie obejmuje więc także państwa takie jak Polska.

Mentzenowi "wyszło", że to skutek "imigracji z krajów dzikich kulturowo". Tylko że chodzi o dziesięć lat, w ciągu których dużo się zmieniło zarówno w świadomości kobiet, jak i prawodawstwach poszczególnych krajów. Eurostat, tłumacząc przyczyny dużego wzrostu w statystykach, podaje, że to "może mieć związek ze wzrostem świadomości społecznej, co ma wpływ na wskaźniki zgłaszalności". W nocie metodologicznej zauważa, że liczba przestępstw seksualnych - w tym gwałtu - rejestrowanych przez policję znacznie się różni w poszczególnych krajach UE, nawet po przeliczeniu ich na liczbę ludności. "Różnice te mogą wynikać z odmiennych przepisów prawnych, praktyk policyjnych w zakresie rejestrowania przestępstw oraz zachowań związanych ze zgłaszaniem przestępstw, co może ograniczać możliwość porównywania danych" - ocenia.

Nawet definicja gwałtu jest bowiem różna w różnych systemach prawnych. Niektóre kraje w ramach nowelizacji ją poszerzyły, a policja inaczej kwalifikuje zgłoszenia kobiet, co wpłynęło na statystyki. Szerzenie przez Mentzena tezy, jakoby wzrost w danych ma związek głównie z "imigracją z krajów dzikich kulturowo", jest uproszczeniem i wykorzystywaniem liczb do budowania politycznej tezy. Której nie da się potwierdzić.

Algierczycy dokonują "1700 razy więcej" przestępstw niż Japończycy? Fałsz

W odpowiedzi na pytanie o migracje, które padło na spotkaniu w Pruszczu Gdańskim, Sławomir Mentzen mówił też: "Są bardzo ładne statystyki z Niemiec pokazujące, ilu jest w Niemczech imigrantów z Algierii i ilu z Japonii. Niech pan sobie wyobrazi, że mieszkańcy Algierii w Niemczech dokonują średnio 1700 razy więcej przestępstw z użyciem przemocy niż mieszkańcy z Japonii".

Te statystyki nie są nowe i Mentzen wykorzystywał je już w kampanii prezydenckiej w 2025 roku. Tylko wówczas mówił, że przestępstw Algierczyków miało być łącznie 1700, a nie "1700 razy więcej" niż przestępstw Japończyków.

Niezależnie od tego, jak ogromne dane podaje polityk Konfederacji, przedstawianie ich w ten sposób jest manipulacją i wprowadzaniem opinii publicznej w błąd. Mentzen najprawdopodobniej wziął liczby z wykresu krążącego w mediach społecznościowych w 2025 roku. Przy Algierczykach wpisano tam 6,9 proc., a przy Japończykach 0,01 proc. Te dane dotyczą jednak wyłącznie osób podejrzanych (nie skazanych), a konkretnie: ich udziału w ogólnej liczbie obywateli danego kraju mieszkających w Niemczech. Mentzen mówi natomiast, że Algierczycy "dokonują przestępstw" - tak, jakby byli już za nie skazani. Przytacza liczby z 2023 roku, mimo że istnieją już dane za 2025 rok. Co ciekawe: w ciągu dwóch lat udział podejrzanych wśród Algierczyków mieszkających w Niemczech spadł z 6,9 do 5,8 proc., podczas gdy wśród Japończyków wzrósł z 0,01 do 0,05 proc.

Algierczycy w Niemczech ani nie popełniają, ani nie są podejrzewani o popełnianie "1700 razy więcej" przestępstw niż Japończycy. Według danych za 2025 rok Algierczyków podejrzanych przy przestępstwach z użyciem przemocy było 1568, podczas gdy Japończyków ośmiu - stosunek wynosi więc 200 razy więcej. Jednak tak proste porównanie to manipulacja, bo autor zestawienia, które tak chętnie cytuje Mentzen, nie uwzględnił struktury płci, wieku, wykształcenia, zarobków czy sytuacji ekonomicznej.

A obywatele Japonii raczej nie przyjeżdżają do Niemiec jako migranci za pracą i lepszym życiem. W przeciwieństwie do Algierczyków w większości nie są to uchodźcy, lecz często wykwalifikowana kadra, np. techniczna, z wysokimi zarobkami. Przyjechali do Niemiec, mając zaoferowaną pracę i podpisane kontrakty. Ponadto Japończyków jest w Niemczech połowę mniej niż Algierczyków (14,7 tys. vs 27 tys.).

Źródło: Konkret24
Czytaj także: