Dziewczynka ze zdjęcia z Barackiem Obamą została zamordowana, Leo Messi był na wyspie Jeffreya Epsteina, były prezydent Ukrainy utrzymywał relacje z tym nieżyjącym przestępcą. Internet zalała fala fejków. Skandal wykorzystywany jest przez internautów szukających zasięgów, ale także przez rosyjską dezinformację. W gąszczu fejków ginie kontekst, ofiary pedofilii i ich prawdziwe historie.
W popularnym wpisie na X zestawiono dwa zdjęcia. Na pierwszym widzimy byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamę ściskającego uśmiechniętą dziewczynkę, drugi kadr pokazuje ciało dziecka porzucone na śmietniku, między kartonami. Sugestia jest jasna - Obama skrzywdził dziewczynkę z pierwszego zdjęcia, autor wpisu nie pisze tego wprost, ale przekaz jest oczywisty: "Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla. W Polsce wcale lepiej nie jest. Wszyscy wiemy o Aferze Podkarpackiej. Rządzą nami zjeb*** zboczeńcy, których trzeba tępić jak karaluchy. Świat potrzebuje Vlada Palownika, który zrobi porządek z pedofilami, promowanymi przez Lewicę" (cenzura od redakcji). W rzeczywistości na kolanach Obamy siedzi jego siostrzenica Savita Ng. Kim dziewczynka obok? To Putri Nur Fauziah, 9-latak, zabita w 2015 roku w Dżakarcie, której ciało zapakowano w karton i porzucono w stolicy Indonezji. To oczywisty fejk, który "wypączkował" z ujawnionych akt afery Epsteina, weryfikował go serwis Leadstories.
Amerykański Departament Sprawiedliwości pod koniec stycznia opublikował ponad trzy miliony stron akt dotyczących afery Jeffreya Epsteina - to setki tysięcy maili, 180 tys. zdjęć, ale też 2 tys. nagrań. Wśród nich znalazły się maile ujawniające kontakty Epsteina z wpływowymi biznesmenami, politykami, naukowcami, członkami rodzin królewskich. Z kim Epstein korespondował? To na przykład Bill Gates (współzałożyciel Microsoftu); Elon Musk (właściciel SpaceX, Tesli i serwisu X); Steve Bannon (były doradca Donalda Trumpa); były ambasador Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie Peter Mandelson; członkowie europejskich rodzin królewskich - między innymi były książę Andrzej, brat króla Karola III i żona norweskiego następcy tronu, księżna Mette-Marit; Noam Chomsky, językoznawca i filozof.
Równolegle internet zalały fejki udające dokumenty, zdjęcia i nagrania z niedawno ujawnionego archiwum - jak ten opisany na początku. W rzeczywistości nie mają z nimi wiele wspólnego. Przesłaniają prawdziwe i zweryfikowane ustalenia, pokazuje, jak łatwo w sieci nawet najbardziej oburzające fakty przegrywają z fikcją.
Sieć zasypana fejkami
W anglojęzycznej sieci - w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko, ze względu na międzynarodowych charakter kontaktów Epsteina - dominowały narracje oparte na obrazach. Internauci zaczęli udostępniać rzekome zdjęcie Epsteina z dziewczynką w zielonej spódnicy, która na kolejnym ujęciu miała leżeć zakneblowana. To przeróbka, która nigdy nie pojawiła się w oficjalnych dokumentach Departamentu Sprawiedliwości. Kolejna zbitka zdjęć miała sugerować, że wśród ofiar Epsteina byli także bliźniacy Alex i Franky Venegas, tworzący duet Island Boys. Już w 2023 roku sprawdzał to Reuters.
Krążyły też kolejne zdjęcia mające pogrążyć znanych polityków. Wśród nich była rzekoma wspólna fotografia brytyjskiego prawicowego polityka Nigela Farage’a z Epsteinem. Za to francuskie służby wykryły prorosyjską kampanię dezinformacyjną, fałszywie łączącą prezydenta Emmanuela Macrona z nieżyjącym od 2019 roku finansistą. Fałszywe maile miały dowodzić, że Macron organizował przyjęcie z udziałem nieletnich. Konta zaangażowane w akcję należały do Storm-1516, prorosyjskiej grupy, która według władz USA była odpowiedzialna za rozpowszechnianie dezinformacji w trakcie kampanii wyborczej w USA w 2024 roku.
Duże zasięgi miały też słabej jakości zdjęcie sugerujące, że na wyspie Little St. James, należącej do Epsteina, bywali argentyńscy piłkarze Lionel Messi i Sergio "Kun" Agüero. Zdjęcie nie pochodziło z nowej partii akt Epsteina, a nazwiska sportowców nie pojawiają się w bazie Departamentu Sprawiedliwości. Jak sprawdzał Snopes - zdjęcie po raz pierwszy pojawiło się w sieci na początku 2017 roku, na długo pojawiły się powszechnie dostępne narzędzia sztucznej inteligencji, które pozwalałby stworzyć taką ilustrację. Natomiast znana jest przyjacielska relacja obu piłkarzy, którzy często dzielili pokój hotelowy podczas zgrupowań kadry.
Najdalej idącą tezą była narracja, według której w aktach Epsteina miał znajdować się e-mail dowodzący tego, że planowano wybuch III wojny światowej na 8 lutego 2026 roku. Nic takiego się nie wydarzyło, a rzekomy dowód okazał się przeróbką maila.
Obama, Poroszenko, Epstein żyje
Krążących w polskim internecie nieprawdziwych przekazów "wyciągniętych" lub sugerujących, że pochodzą z akt Epsteina, także było sporo.
Wśród nich pojawił się "dowód" na rzekomą relacje Epsteina z byłym prezydentem Ukrainy Petro Poroszenką. Tylko że ich wspólne zdjęcie w hawajskich koszulach na tle wanny wypełnionej czekoladą to dzieło AI. Tyle że polski internauta pytał: "Czyżby to Piotruś Poroszenko?" Jako pierwsza to "zdjęcie" opublikowała ukraińska redakcja Smak.media, która określa się jako "najbardziej uczciwa redakcja fikcyjnych wiadomości".
Udostępniano również przekonujące grafiki wyglądające na zdjęcia sprzed lat, ale to także dzieła sztucznej inteligencji. Tak było w przypadku rzekomego zdjęcia prezydenta Donalda Trumpa z Epsteinem i grupą małych dzieci. Zweryfikował je serwis Snopes. Inne "zdjęcie" miało obciążać obecnego burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego. Sugerowało, że jako nastolatek wraz z matką uczestniczył w oficjalnym spotkaniu, na którym obecni byli Jeffrey Epstein, Bill Clinton (prezydent USA w latach 1993–2001), Bill Gates (były prezes Microsoftu) oraz Jeff Bezos (dyrektor generalny Amazona). Tę fałszywkę opisywaliśmy szerzej na Konkret24.
Niektórzy internauci próbowali przekonywać, z kolei, że istnieją dowody na to, że Epstein żyje, przebywa w Izraelu (weryfikowała to np. redakcja France24), miał posługiwać się cudzym numerem ubezpieczenia społecznego (social security). Te teorie też nie znajdują potwierdzenia w oficjalnych dokumentach.
Publikacja dokumentów stała się impulsem do masowego tworzenia wielu fejków, które oprócz sensacyjnego tonu, nie mają wiele wspólnego z aktami Epsteina. Efektem jest rozmycie faktów i łatwe rozprzestrzenianie dezinformacji. Eksperci tłumaczą, kto i dlaczego sieje fejki podpinające się pod amerykańską aferę pedofilską.
Co wykorzystują autorzy dezinformacji
"Ujawnienie akt Epsteina wywołało w globalnej społeczności bardzo dużo emocji. Jest to całkowicie zrozumiałe, podobne wydarzenia skutkują pojawieniem się w sferze informacyjnej wielu wątków dezinformacyjnych, manipulacji, teorii spiskowych" - ocenia Aleksandra Michałowska-Kubś z Zespołu Analizy Trendów Narracyjnych i Fact-checkingu w NASK. "Autorzy dezinformacji wykorzystują takie sprawy, dokumenty do nadawania im określonego, zgodnego z ich celem znaczenia. W mediach społecznościowych często publikowane są wyrwane z kontekstu fragmenty wiadomości, maili, do których dopisuje się określoną interpretację" - zauważa analityczka NASK.
"Wyraźnie widoczne są wątki spiskowe - sugerowano na przykład, że pandemia COVID-19 była fikcją. Pojawiło się też na przykład twierdzenie, że specjalny zespół do sprawy wyjaśnienia polskich wątków afery Epsteina zostanie powołany po to, aby zniszczyć dowody" - wymienia analityczka NASK. "W rzeczywistości celem zespołu jest zbadanie polskich wątków w związku z opublikowanymi dokumentami z akt sprawy amerykańskiego przestępcy i między innymi ochrona ewentualnych polskich ofiar, a także przyjrzenie się kwestii udziału rosyjskich służb" - tłumaczy Aleksandra Michałowska-Kubś.
Wśród odnotowanych przez NASK przekazów, Michałowska-Kubś wymienia posty sugerujące, że w mailach Epsteina znaleziono dowody na to, że planowano III wojnę światową. Analityczka tłumaczy, jak powstał ten fejk: "do oryginalnego materiału dowodowego doklejono akapit, zmieniono też słowo w tytule wiadomości (z 'microbiome' na 'nuclear')". Zauważa, że wielu użytkowników nie sprawdzi oryginału w bazie Departamentu Sprawiedliwości.
Satyryczne fejki wokół afery to sposób na tworzenie zasięgów
Część fałszywych przekazów krążących dziś o aferze Epsteina to wyjęte z kontekstu satyryczne treści. Dlaczego niektórzy traktują tę sprawę jako pretekst do żartów i ironii? - W mojej opinii wynika to głównie z kultury współczesnego internetu. Wiele wydarzeń, nawet bardzo poważnych, bywa tam niemal natychmiast przerabianych na formę żartu, satyry czy memów - mówi Konkret24 doktor Andrzej Kozłowski, specjalista do spraw cyberbezpieczeństwa i dezinformacji z Uniwersytetu Łódzkiego. - Jest to szokujące, zwłaszcza w kontekście tak poważnej afery, ale jednocześnie niestety dość typowe. Trzeba też powiedzieć wprost, że dla części twórców to także sposób na budowanie zasięgów. Gdy mamy głośne wydarzenie, którym żyją media społecznościowe, łatwo "podpiąć się" pod popularne hasztagi czy trendy - tłumaczy.
Badacz zauważa, że trafnym przykładem takiej satyry jest sprawa wspomnianego wyżej, wygenerowanego przez AI zdjęcia Jeffreya Epsteina i Petra Poroszenki. - Oryginalnie była to publikacja satyryczna, problem w tym, że ta treść zaczęła krążyć dalej już bez kontekstu. I właśnie to jest kluczowe zagrożenie. Treści satyryczne, oderwane od swojego pierwotnego znaczenia, zaczynają funkcjonować jako rzekomo prawdziwe informacje - mówi dr Kozłowski. W efekcie niczego nieświadomi odbiorcy zaczynają w nie wierzyć i wyciągać niewłaściwe wnioski. - To prowadzi do także poważnych konsekwencji. W tym przypadku pojawia się przekonanie, że ukraińscy politycy są zamieszani w aferę pedofilską. A za tym płynie wniosek, że nie należy Ukrainy wspierać, bo rzekomo wspiera się w ten sposób siatkę pedofilów - tłumaczy. O tym, jak może to wykorzystywać Rosja, piszemy w dalszej części artykułu.
- Dodatkowo takie treści wzmacniają rozprzestrzenianie się dezinformacji - podkreśla Kozłowski. - Często przyjmują formę memów, które żartobliwie podszywają się pod prawdę i bardzo szybko stają się wiralowe. Algorytmy platform społecznościowych promują treści wywołujące silne emocje, bo one przyciągają uwagę, kliknięcia i udostępnienia, a to właśnie na tym platformy zarabiają - zaznacza.
Wtóruje mu Aleksandra Michałowska-Kub: "Warto zwrócić uwagę, że dezinformacja często wykorzystuje również humor, satyrę czy memy - pozwalają one na łatwe dotarcie do odbiorców, często obniżają ich czujność i mogą ułatwiać szerzenie wprowadzających w błąd treści pod pozorem żartu".
W zalewie informacji ginie pamięć o ofiarach
Nie tylko kontekst ginie w tym chaosie – w medialnym szumie łatwo znikają prawdziwe historie ofiar, a ich miejsce często zajmują ci rzekomo pokrzywdzeni z popularnych i fałszywych przekazów. Dlaczego się tak dzieje? - Po pierwsze, ofiary w tych dokumentach są zanonimizowane. Nie ma tam ich nazwisk ani twarzy, przez co łatwiej jest nam jako odbiorcom stracić z pola widzenia, że za tymi aktami i dokumentami stoją realni ludzie i realne tragedie - mówi dr Kozłowski. - Po drugie, brutalnie mówiąc, z perspektywy mediów, historie anonimowych ofiar "nie klikają się" tak jak nazwiska znanych polityków czy miliarderów. Znacznie większe emocje wzbudza informacja w stylu "prezydent Francji był na wyspie Epsteina" niż opisująca los skrzywdzonych w tym samym miejscu osób - tłumaczy. I dodaje: - To okrutne, ale niestety zgodne z logiką współczesnych mediów i algorytmów.
- To jest zresztą znana technika. Zamiast prostego zaprzeczenia, zamiast dementi, mamy do czynienia z dokładaniem kolejnych przekazów. W pewnym momencie odbiorca przestaje być w stanie się w tym odnaleźć. Albo dochodzi do wniosku, że wszystko jest fałszem, albo przeciwnie - zaczyna wierzyć we wszystko, co się pojawia, bez rozróżniania źródeł i kontekstu - podkreśla ekspert. - Mam wrażenie, że w przypadku afery Epsteina część wątków może być w ten sposób spychana na boczny tor albo wręcz ukrywana w tym informacyjnym szumie - ocenia.
Kozłowski podkreśla, że to ma swoje realne konsekwencje. - Odbiorcy tracą zdolność rozróżniania, co jest informacją potwierdzoną, a co jest dezinformacją. W takiej sytuacji prawda przestaje być punktem odniesienia, bo ginie w natłoku sprzecznych przekazów. I to jest, moim zdaniem, jeden z najpoważniejszych skutków tego rodzaju chaosu informacyjnego - mówi.
Próbą zwrócenia uwagi na ofiary był klip wzywający do wywarcia presji na prokurator generalną USA Pam Bondi w sprawie Jeffreya Epsteina. Wyemitowano 8 lutego 2026 roku podczas Super Bowl, czyli finałowego meczu ligi futbolu amerykańskiego. Widzimy w nim apel kobiet - ofiar w tej sprawie, bo "nadszedł czas na prawdę".
Jak Rosja rozgrywa aferę Epsteina. Dwie kluczowe narracje
Aferę Epsteina próbuje wykorzystywać do własnych celów rosyjska dezinformacja. - Zacznijmy od kluczowego kontekstu. Dokumenty dotyczące Epsteina, opublikowane przez amerykański Departament Sprawiedliwości, to kilka milionów stron, plików, zdjęć. W takim ogromie materiału bardzo trudno szybko odróżnić dokumenty prawdziwe od fałszywych lub zmanipulowanych - mówi Kozłowski.
Badacz dostrzega dwie kluczowe narracje działające na korzyść Rosji. - Pierwsza to kompromitowanie elit Zachodu niezależnie od opcji politycznej. Często wystarczy, że ktoś został wspomniany w mailach Epsteina w zupełnie neutralnym kontekście, a już pojawia się narracja, że był na jego wyspie i brał udział w przestępstwach seksualnych - tłumaczy dr Kozłowski. - Na tym buduje się przekaz, że cały Zachód jest moralnie zdegenerowany, a jedyną ostoją "prawdziwych tradycyjnych wartości" pozostaje Rosja, Chiny, czasem w połączeniu z innymi państwami BRICS - tłumaczy dalej.
- Druga narracja dotyczy Ukrainy. Pojawiają się fałszywe przekazy sugerujące, że ukraińskie elity były zamieszane w handel ludźmi lub współpracowały z otoczeniem Epsteina - wymienia dr Andrzej Kozłowski. Jak tłumaczy tutaj celem jest osłabienie poparcia dla Ukrainy - zniechęcenie społeczeństw Zachodu do pomocy finansowej, humanitarnej czy militarnej.
Długoterminowe skutki
Według Kozłowskiego fałszywe i dezinformacyjne przekazy wokół dokumentów ujawnionych sprawie Epsteina może mieć większe konsekwencje niż sam skandal. - Długoterminowo będzie to dalsze osłabienie tak zwanego soft power świata zachodniego. Wychodzi na jaw hipokryzja elit biznesowo-politycznych, co jest natychmiast wykorzystywane przez aktorów dezinformacyjnych. Narracja typu "czym Zachód różni się od Rosji czy Chin, skoro sam ma tak potężne afery pedofilskie" już funkcjonuje - zauważa. - Nawet fakt, że to instytucje państwowe publikują dokumenty i próbują rozliczać winnych, dla wielu odbiorców nie będzie przekonujący - dodaje.
Analityczka NASK Aleksandra Michałowska-Kubś podkreśla, że w sprawie Epsteina wciąż może pojawiać się wiele nowych treści. "W związku z tym, napotykając te materiały warto zachować ostrożność, nie dać się ponieść emocjom, sprawdzić oryginalny dokument, kontekst sprawy, zwrócić uwagę na to, kto publikuje określoną treść i szukać informacji w rzetelnych źródłach" - radzi.
- Istnieje realne ryzyko, że część odbiorców uzna wszystkie dokumenty sprawy Epsteina za mało wiarygodne, podczas gdy inni będą skłonni traktować jako prawdziwe wszystkie pojawiające się przekazy, w tym te fałszywe. W efekcie coraz trudniej odróżnić informacje potwierdzone od fałszywych, co z kolei osłabia zaufanie do przekazów i utrudnia orientację w tym, co naprawdę się wydarzyło. A to bardzo niebezpieczne zjawisko - ocenia dr Andrzej Kozłowski.
Źródło: Konkret24