Był 5 marca 2026 roku, szósty dzień konfliktu na Bliskim Wschodzie. Jarosław Kociszewski, dziennikarz i ekspert zajmujący się tym regionem od 30 lat, zaczął jak zwykle pracę od sprawdzania w internecie, co się wydarzyło w nocy. - Natrafiłem na zalew fejków arabskich. Z podawanych zdjęć i filmów wynikało, że Tel Awiw został już zupełnie przeorany. Z jakiegoś powodu algorytm zalał mnie mediami i treściami arabskimi - opowiada.
Jemu weryfikacja tych doniesień nie zajęła dużo czasu. - Przerzuciłem się na media hebrajskie, które mogę czytać, bo znam język. Szybko stwierdziłem, że wszystko, co zobaczyłem rano w sieci o bombardowaniu Tel Awiwu, było nieprawdą – mówi Kociszewski.
Ilu z nas zna hebrajski, by móc sprawdzać samemu takie "newsy"? Albo arabski, by weryfikować to, co podają proizraelskie konta?
Ilość fałszywych treści, które od pierwszego dnia walk na Bliskim Wschodzie zalewają media społecznościowe, jest porażająca. I nie jest to określenie na wyrost. - Cały czas muszę mieć z tyłu głowy, że coś może być nieprawdą. Każdy film, który chcę podać w sieci, odruchowo sprawdzam – przyznaje Kociszewski. - Recycling informacji jest dramatyczny. Jeśli coś jest zupełnie nieprawdziwe, weryfikacja tego nie wymaga dużo czasu. Problem pojawia się, gdy jest to dobrze zrobione, czyli w trzech czwartych jednak jest prawdą. Wówczas zaczyna to już być profesjonalna, "dobra" dezinformacja - stwierdza.
Wojna narracji toczona jest na tylu frontach, na ilu trwa wymiana ognia na Bliskim Wschodzie. Spróbujmy opanować ten chaos. Bo jak w każdym konflikcie, tak i w tym są główni uczestnicy, podstawowe taktyki oraz granice, które się przekracza.
Można też próbować przewidzieć, kto będzie głównym przegranym.