Głównym zarzutem Adama Bielana wobec Jarosława Gowina jest to, że jego kadencja jako szefa Porozumienia się skończyła. Jednak podobnie jest z kadencjami szefów PiS, PSL i SLD. Wyjaśniamy, który bezpiecznik w statutach partyjnych ma zapewniać ciągłość istnienia struktur partii.

Konflikt trwający obecnie w Porozumieniu ma zarówno kontekst polityczny, jak i prawny. Opiera się bowiem na tym, że Adam Bielan i jego stronnicy zarzucają, iż kadencja Jarosława Gowina już się skończyła i nie jest on prezesem Porozumienia. Bielan uważa, że teraz to on pełni obowiązki prezesa partii, ponieważ według statutu kadencja prezesa partii trwa trzy lata, a te - jego zdaniem - od ostatnich wyborów już minęły.

Ale Jarosław Gowin i jego stronnicy wskazują na inny zapis statutu Porozumienia: że kadencje partyjnych organów (w tym prezesa) liczą się od dnia wyborów i kończą z chwilą wyboru nowych władz. A skoro nowych wyborów nie było (nieważne, jak długo), szefem ugrupowania jest cały czas Gowin.

Jak sprawdziliśmy, nie tylko w statucie Porozumienia są tak skonstruowane zapisy o kadencji liderów. Niemal identyczne regulacje zapisano w statutach innych partii mających przedstawicieli w Sejmie. Mało tego - nie tylko kadencja Gowina jest dłuższa niż określa statut. W trzech innych partiach też nie było wyborów nowych władz, mimo że określona statutem długość kadencji ich szefów już minęła.

Jarosław Gowin kontra Adam Bielan. PO proponuje Gowinowi przejście na stronę opozycji

Nie było wyborów w Porozumieniu

Adam Bielan i jego stronnicy uważają, że podczas pierwszego kongresu Porozumienia w 2017 roku Jarosław Gowin nie został wybrany na prezesa partii. Ostatni raz miał zostać wybrany w 2015 roku - na stanowisko prezesa Polski Razem, ugrupowania, które potem się przekształciło w Porozumienie. A ponieważ według statutu kadencja władz partii trwa trzy lata, kadencja Gowina miałaby się skończyć w 2018 roku, a od tej pory kongres nie został zwołany i żadne wybory się nie odbyły.

"Pan Jarosław Gowin nie może dalej pełnić mandatu prezesa przez szósty, a wkrótce siódmy rok trzyletniej kadencji, wobec braku udzielenia takiego mandatu przez kongres. (...) Nawet, bowiem w stanie wyższej konieczności statut nie pozwala pełnić takiej funkcji dłużej niż przez dodatkowy rok" - stwierdził 4 lutego Krajowy Sąd Koleżeński Porozumienia. "Pan Jarosław Gowin nie może uważać się za prezesa Porozumienia, na podstawie par. 17 ust. 2 statutu stanowiącego, że kadencje organów liczą się od dnia wyborów i kończą z chwilą wyboru nowych władz. Przepis ten bowiem nie pozwala prezesowi nie wykonywać obowiązków statutowych (zwoływanie kongresu, co trzy lata) i na tej podstawie twierdzić, że się jest prezesem, mimo drastycznego przekroczenia trzyletniego okresu kadencji" - napisano w oświadczeniu.

Zwolennicy Gowina argumentują, że zarząd partii 10 października 2020 roku podjął uchwałę o przedłużeniu jego kadencji do kwietnia 2021 roku z uwagi na pandemię. Twierdzą, że kadencje partyjnych organów (w tym prezesa) liczą się od dnia wyborów. Mówi o tym kluczowy w prawnym sporze par. 17 ust. 2 statutu Porozumienia.

 

 

1. Kadencja wszystkich władz Partii trwa trzy lata. W przypadku niemożności przeprowadzenia Kongresu przed upływem kadencji władz krajowych partii z powodu wyższej konieczności, dotychczasowe władze Partii pełnią swoją funkcją do chwili wyboru nowych władz partii przez Kongres, jednak nie dłużej niż przez rok. 2. Kadencje organów liczą się od dnia wyborów i kończą z chwilą wyboru nowych władz. Wyjątkiem jest Kongres, którego kadencja rozpoczyna się i kończy według przepisu § 17 pkt 4 statutu.

statut Porozumienia

 

 

W swojej argumentacji Bielan i jego stronnicy powołują się ustęp pierwszy tego paragrafu, zaś Jarosław Gowin i jego zwolennicy - na ustęp drugi.

Nie było wyborów w Prawie i Sprawiedliwości

Na początku lipca 2016 roku podczas V kongresu Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński ponownie został prezesem partii. Poparło go 1008 delegatów, siedmiu było przeciw. Statut PiS przewiduje, że kadencja władz, w tym prezesa, trwa cztery lata. Upłynęła zatem w połowie 2020 roku. Dlaczego nie zorganizowano do tej pory wyborów?

02.07.2016 | Jarosław Kaczyński ponownie prezesem PiS. Na kongresie partii zapowiedział zmianę konstytucji

Kongres PiS początkowo zapowiadany był na jesień. Nie odbył się ze względu na pandemię. Krzysztof Sobolewski, szef Komitetu Wykonawczego PiS, tłumaczył, że decyzja była związana z tym, iż spotkanie delegatów musi się odbyć w tradycyjnej, stacjonarnej formie i nie jest przewidziana zdalna formuła kongresu.

"Jeżeli tylko COVID minie, to będzie kongres i wybory w PiS. Tym razem jeszcze będę kandydował, ale na pewno ostatni raz" - poinformował 20 grudnia 2020 roku Jarosław Kaczyński wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". "Kongres Prawa i Sprawiedliwości niestety nie będzie mógł się odbyć, przynajmniej w najbliższym czasie ze względu na pandemię koronawirusa i obostrzenia. Zakładamy, że będzie nie wcześniej niż pod koniec czerwca (2021 - red.)" - powiedział 3 lutego Sobolewski w radiowej Trójce.

Według statutu Prawa i Sprawiedliwości kadencja władz naczelnych PiS trwa cztery lata i liczy się od dnia wyborów - ale "kończy z chwilą wyboru nowych władz". Prezesa wybiera zwoływany przez niego co najmniej raz na trzy lata kongres.

Nie było wyborów w Polskim Stronnictwie Ludowym

W listopadzie 2016 roku Władysław Kosiak-Kamysz został wybrany ponownie prezesem PSL podczas XII kongresu tej partii. Za jego kandydaturą opowiedziało się 1002 delegatów. Na jego kontrkandydata, skarbnika ludowców i lidera regionu opolskiego Stanisława Rakoczego, oddało głos 50 delegatów.

Według statutu PSL następne wybory prezesa powinny się odbyć w 2020 roku. Dlaczego tak się nie stało?

- Ze względu na pandemię zorganizowanie teraz kongresu jest niemożliwe. Nie ma dzisiaj możliwości zorganizowania większych spotkań, zarówno na poziomie gmin, powiatów, jak i województw - wyjaśnia w rozmowie z Konkret24 Miłosz Motyka, rzecznik PSL. - Podjęliśmy przygotowania do wyborów, ale Naczelny Komitet Wykonawczy podjął decyzję o wstrzymaniu kampanii sprawozdawczo-wyborczej i odłożeniu wyborów. Decyzję tę podjęto na podstawie rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów o ustanowieniu stanu epidemii. Chcielibyśmy, żeby odbyły się jak najszybciej, w pierwszym możliwym terminie - mówi i zapewnia, że "Władysław Kosiniak-Kamysz jest cały czas prezesem zgodnie ze wszystkimi przepisami, w tym ze statutem".

Według statutu Polskiego Stronnictwa Ludowego kadencja partyjnych organów trwa cztery lata - bez zastrzeżenia, że dotychczasowe władze partii działają do czasu wyboru nowych.

Nie było wyborów w Sojuszu Lewicy Demokratycznej

Po tym, jak wybuchł konflikt w Porozumieniu, odniósł się do niego 6 lutego na Twitterze Leszek Miller, były przewodniczący SLD: "Adam Bielan mówi, że nie przypomina sobie, by szef jakiejkolwiek partii politycznej zapomniał zorganizować kongres, by wybrać go na kolejną kadencję. Gdyby Bielan patrzył uważniej, dostrzegłby W. Czarzastego, który właśnie rozpoczął szósty rok swojej czteroletniej kadencji".

Rzeczywiście, także obecny szef SLD kieruje partią dłużej, niż przewiduje statut. Włodzimierz Czarzasty został wybrany na stanowisko przewodniczącego w styczniu 2016 roku na kongresie SLD. Według statutu kadencja partyjnych władz trwa cztery lata, więc wybory powinny się odbyć w 2020 roku. O tę sprawę szef SLD był pytany 7 lutego w programie "Kawa na ławę" w TVN24.

"To wynika z decyzji sądu" - odparł.

Włodzimierz Czarzasty o swojej kadencji

"Nie jest prawdą, jakobyśmy zapomnieli zrobić kongres. Jesteśmy związani własnym statutem, który przewiduje, że nie możemy go zwołać" - informuje nas Anna Maria Żukowska z SLD. Tłumaczy, że partia jest w trakcie zmiany nazwy i statutu, który nie został jeszcze prawomocnie zatwierdzony przez sąd.

Kadencja władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Nowej Lewicy) trwa cztery lata - do dnia kongresu krajowego działają wszystkie władze krajowe partii wyłonione zgodnie z poprzednio obowiązującym statutem, zachowując przewidziane w nim kompetencje. Przewodniczącego SLD wybiera kongres SLD, który zwołuje konwencja krajowa albo rada krajowa.

W nowym statucie, który jest obecnie zatwierdzany przez sąd, nie ma stanowiska przewodniczącego - są współprzewodniczący oraz współprzewodniczące. Wybierze ich rada krajowa zwoływana nie rzadziej niż raz na kwartał.

Chodzi o "ciągłość istnienia struktur partii"

Spór, jaki toczy się w Porozumieniu (oprócz kontekstu politycznego) sprowadza się do pytania, co zrobić, gdy uprawniony do tego partyjny organ nie zwołał ciała, które ma dokonać wyboru nowego prezesa/przewodniczącego, a jego określona w statucie kadencja już minęła. Zarówno konstytucja, jak i ustawa o partiach politycznych dają partiom wolną rękę. Ten drugi dokument wskazuje, że statut partii powinien określać między innymi: "organy partii, w tym organy reprezentujące partię na zewnątrz oraz uprawnione do zaciągania zobowiązań majątkowych, ich kompetencje oraz czas trwania ich kadencji", jak też "tryb dokonywania wyboru organów partii i uzupełniania składów tych organów".

Portal Wp.pl dotarł i opublikował zleconą przez stronników Jarosława Gowina opinię prawną, którą wykonał profesor Marcin Wiącek z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Wynika z niej, że prezes partii pozostaje na swoim stanowisku nawet w przypadku, gdy jego kadencja się skończy, i nawet, gdy nie zwołał ciała, które ma wybrać nowego prezesa, a było to jego statutowym obowiązkiem. Sprawę musi wówczas rozstrzygnąć sąd. Portal cytuje oświadczenie Adama Bielana: "Są poważne zastrzeżenia do przedstawionej opinii. Wynika z niej, że w Porozumieniu jest luka w statucie i nic nie da się z nią zrobić nawet wtedy, gdy kadencja Prezesa wygasa na skutek niezrealizowania obowiązku przez samego Prezesa i mimo tego, że jak sama opinia wskazuje, że w takiej sytuacji może dojść do istotnego zakłócenia funkcjonowania partii".

Polityczna rozgrywka w Porozumieniu. Terlecki: patrzę na to z pewnym niepokojem

Zostawmy jednak wewnętrzną walkę w Porozumieniu. Także w statutach Solidarnej Polski, Platformy ObywatelskiejWiosnyNowoczesnejLewicy RazemRuchu Narodowego jest długość kadencji władz określona w latach (w tym przewodniczącego czy prezesa) - ale wraz z zastrzeżeniem, że do chwili wyboru nowych władz obowiązki pełnią członkowie dotychczasowych.

- Tworzenie przez partie takich zapisów to zabezpieczenie podmiotów przed bezkrólewiem, czyli że nominalnie wybory powinny być co ileś lat, ale jeśli coś się zadzieje, to kadencja wydłuża się do czasu powołania nowych władz - tłumaczy dr Witold Zontek z Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

- To dbałość o ciągłość istnienia struktur partii - ocenia dr hab. Tomasz Słomka, politolog i konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego. Potwierdza to w rozmowie z Konkret24 dr hab. Olgierd Annusewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego: - Te zapisy wynikają z prostej zasady zachowania ciągłości władzy, która mówi, że zawsze powinna być osoba, która tę władzę reprezentuje.

Tylko w statutach dwóch partii: Polskiego Stronnictwa LudowegoZielonych znaleźliśmy zapis, ile trwa kadencja partyjnych władz (odpowiednio cztery i dwa lata) bez zastrzeżenia, że dotychczasowe władze partii działają do czasu wyboru nowych.

"Można być sprytnym prezesem"

Jednak zdaniem ekspertów statutowe zapisy o liczonej w latach kadencji władz wraz ze stwierdzeniem, że kadencja trwa do czasu wyboru nowych, są: niechlujne, kłopotliwe i wykluczające się. Bo co w sytuacji, gdy kadencja minie, a wybory nie będą zwoływane?

- Skoro kadencja trwa do nowych wyborów, jest ryzyko, że będą one torpedowane - ocenia w rozmowie z Konkret24 dr Zontek. - Ktoś teoretycznie może to przeciągać - przyznaje dr Słomka. - Można być sprytnym prezesem i z chwilą, gdy się traci poparcie w partii, nie zwoływać zjazdu wyborczego, by móc rządzić niemal w nieskończoność - zauważa dr hab. Annusewicz.

Eksperci w partyjnych statuach widzą brak precyzji. - W każdym takim dokumencie powinno być dokładne wskazanie, ile maksymalnie może trwać stan przejściowy po zakończeniu kadencji a przed wyborem nowych władz, czyli wyraźnego momentu, gdy wybory muszą się odbyć - uważa dr hab. Olgierd Annusewicz.

Autor:  Jan Kunert
Źródło:  Konkret24; zdjęcie: PAP

Pozostałe

Poselska strona w internecie – słabo opłacana i słabo zabezpieczona

Ponad jedną czwartą ryczałtu na działalność biura poselskiego poseł Koalicji Obywatelskiej Aleksander Miszalski wydał na stworzenie i obsługę swojej poselskiej strony internetowej. To prawie 30 razy więcej niż przeciętne poselskie wydatki na ten cel. Mimo tak wysokiej kwoty strona internetowa posła Miszalskiego jest słabo zabezpieczona, bo przy próbach jej otwarcia pojawiają się alerty bezpieczeństwa. To niejedyna taka poselska strona z kłopotami.

Jakimi pracodawcami są polscy posłowie? Sprawdzamy, jak opłacają swoich pracowników

Posłanka Lewicy Joanna Senyszyn na wynagrodzenie pracowników swojego biura od początku tej kadencji Sejmu wydała prawie dwie trzecie ryczałtu na działalność biura poselskiego. Z kolei najwięcej na pracowników zatrudnionych na umowę o pracę wydał Rafał Grupiński z KO, a poseł Koalicji Polskiej Jacek Tomczak - na umowy o dzieło i zlecenia. Z naszej analizy poselskich rozliczeń wynika, że na drugim biegunie są posłowie Waldemar Olejniczak i Paweł Rychlik z PiS, którzy nie wydali na zatrudnienie ani złotówki.

Biedroń: "lewica zawsze wygrywa, gdy jest zjednoczona". Nie zawsze

Lider Wiosny Robert Biedroń stwierdził, że "lewica zawsze wygrywa, gdy jest zjednoczona, a przegrywa, gdy jest podzielona". Wyniki wyborów parlamentarnych pokazują, że jednak ten schemat nie działa. Największą przegraną partie lewicowe poniosły wtedy, gdy były najbardziej zjednoczone.

"Wywaliło mu cały internet w domu". Jak częste są kłopoty ze zdalnym głosowaniem w Senacie?

Po tym, jak jeden senator się pomylił, a drugi nie połączył się internetowo podczas zdalnego głosowania w sprawie Funduszu Odbudowy, przeanalizowaliśmy stenogramy wszystkich posiedzeń Senatu w czasie pandemii. Niemal na każdym posiedzeniu były kłopoty z komputerowym systemem do zdalnego oddawania głosów. Dwukrotnie zdarzyło się, że głosy senatora nie zostały w ogóle zarejestrowane.

Posłanka Anna Maria Żukowska: "Mazowsze graniczy z Białorusią". To nieprawda

Posłanka Lewicy wprowadziła w konsternację uczestników i słuchaczy porannej audycji Radia Zet, stwierdzając, że Mazowsze ma granicę z Białorusią. Na uwagę, że to chyba nieprawda, upierała się, że ma rację - że "to taki mały wycinek Mazowsza, który wcina się między podlaskie i lubelskie".