Po zawetowaniu ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa prezydent ogłosił własny projekt zmian w prawie dotyczący sądownictwa. I zapowiedział, że jeśli jego "propozycje dialogu zostaną odrzucone", to "zdecydują obywatele". Wyjaśniamy, dlaczego mówienie, że referendum coś rozstrzygnie, to czysto polityczna gra.
Prezydent Karol Nawrocki zawetował rządową nowelizację ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Poinformował o tym w nagraniu umieszczonym w mediach społecznościowych. "Nie mogę podpisać ustawy, która pod hasłem 'przywracania praworządności' w rzeczywistości wprowadza nowy etap chaosu i otwiera drogę do politycznego wpływu na sędziów" - argumentował.
Jednocześnie prezydent zapowiedział złożenie "własnego projektu ustawy o przywróceniu prawa do sądu oraz rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki". Ten już pojawił się na stronie prezydenta. Projekt opiera się na trzech zasadach: bezstronności sądów, niepodważalności orzeczeń oraz potwierdzeniu statusu prawidłowo nominowanych sędziów, tłumaczył. "Jeżeli propozycje dialogu zostaną odrzucone, zgodnie ze swoim zobowiązaniem ostatecznie zwrócę się do narodu z wnioskiem o referendum w sprawie przywrócenia normalności w funkcjonowaniu sądów. Niech zdecydują obywatele" - zadeklarował prezydent.
Przypomnijmy, że w Planie 21 zawarł obietnicę: "Jeśli nie będzie ponadpartyjnego konsensusu w sprawie naprawy sądownictwa - muszą wypowiedzieć się Polacy w referendum".
CZYTAJ W TVN24+: Półrocze prezydentury. Ile z Planu 21 Karol Nawrocki zrealizował
Szef prezydenckiej kancelarii Zbigniew Bogucki, pytany 20 lutego w RMF FM o treść ewentualnych pytań w referendum, powiedział: "Pytania są, (...) ale są gdzieś na pewno w głowie pana prezydenta. Nie chciałbym tego uprzedzać, bo one będą dyskutowane, a myślę, że to musi być bardzo poważna dyskusja (...), ale mówię bardzo przemyślana tak, żeby faktycznie każdy Polak, każda Polka mogli spokojnie odnaleźć się w tych pytaniach i zgodnie ze swoim przekonaniem, sumieniem, najlepszą wiedzą odpowiedzieć".
To kolejna odsłona politycznej gry z wykorzystaniem referendum jako narracją, że za jego pomocą "naród decyduje" - bo niezależnie od tego, czy obywatele będą głosowali "zgodnie ze swoim przekonaniem", ten mechanizm tylko w teorii daje im moc zmiany prawa.
Prezydent chce referendum? Potrzebuje wsparcia Sejmu lub Senatu
Artykuł 125 Konstytucji RP stanowi, że "w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa może być przeprowadzone referendum ogólnokrajowe".
Prawo do zarządzenia referendum ma:
- Sejm bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów;
- Prezydent Rzeczypospolitej, ale za zgodą Senatu wyrażoną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów.
Na to, że zarządzenie referendum nie jest decyzją samego prezydenta, zwraca uwagę konstytucjonalista dr Kamil Stępniak. - Prezydent ma inicjatywę do przeprowadzenia referendum. Jednak by do takiego referendum właśnie z inicjatywy prezydenta doszło, niezbędna jest zgoda Senatu wyrażona bezwzględną większością głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów. Bez tej zgody prezydent referendum z własnej inicjatywy przeprowadzić nie może - przypomina w rozmowie z Konkret24. I dodaje: - Nie wiem, czy Karol Nawrocki, jeśli się na referendum zdecyduje, dysponowałby taką większością w Senacie.
Jeśli do referendum miałoby dojść z inicjatywy Sejmu, to zgodnie z art. 65 ust. 3 Regulaminu Sejmu: "Sejm może postanowić o poddaniu określonej sprawy pod referendum z własnej inicjatywy na wniosek złożony przez Prezydium Sejmu, komisję sejmową lub co najmniej 69 posłów". Teoretycznie wiec taki wniosek mogłaby złożyć grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości (ich klub parlamentarny liczy sobie 188 osób) - to z poparciem tej partii Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie.
Referendum wiążące: obowiązek realizacji woli narodu
Aby wynik referendum był wiążący, do urn musi pójść ponad połowa uprawnionych. Ale nawet wiążący wynik referendum nie spowoduje, że sprawa automatycznie zostanie postanowiona. Według art. 67 ustawy o referendum z 2003 roku:
Właściwe organy państwowe podejmują niezwłocznie czynności w celu realizacji wiążącego wyniku referendum zgodnie z jego rozstrzygnięciem przez wydanie aktów normatywnych bądź podjęcie innych decyzji, nie później jednak niż w terminie 60 dni od dnia ogłoszenia uchwały Sądu Najwyższego o ważności referendum w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.
Kim są "właściwe organy państwowe"? W opinii dra. Mateusza Radajewskiego z Wydziału Prawa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, jeśli przedmiotem referendum były zmiany ustawodawcze, to "inicjatywę ustawodawczą w tej sprawie może wykonać każdy uprawniony podmiot". Zgodnie z konstytucją (art. 118) inicjatywę ustawodawcą mają: posłowie, Senat, prezydent, rząd i grupa 100 tys. obywateli.
Nieżyjący już konstytucjonalista prof. Piotra Winczorek uważał, że realizacja wiążącego wyniku referendum "jest głównie obowiązkiem Rady Ministrów, albowiem do niej należy prowadzenie wewnętrznej i zagranicznej polityki państwa". Natomiast co do prezydenta, to - jak napisał prof. Winczorek w pracy "Kilka uwag o polskich referendach" - "ze względu na to, że przedmiotowy zakres jego zadań jest konstytucyjnie ograniczony (por. art. 126 ust. 1 i 2), oczekiwać by należało, że będzie korzystał z inicjatywy ustawodawczej o tyle, o ile dana sprawa należy do tego właśnie zakresu, a także gdy sam był inicjatorem referendum w tej sprawie". Według prof. Winczorka prezydent zgłasza projekt ustawy realizującej wynik referendum tylko wtedy, kiedy referendum zostało przeprowadzone z jego inicjatywy i w sprawach dotyczących konstytucji.
Inaczej rolę prezydenta w tej sytuacji widzi dr Radajewski. W przypadku bierności "właściwych organów państwowych" - stwierdził ekspert w opinii dla Konkret24 - "projekt ustawy powinien przygotować Prezydent RP jako organ czuwający nad przestrzeganiem konstytucji (art. 126 ust. 1), a zatem również czuwający nad wykonaniem woli narodu wyrażonej w wiążącym referendum".
Czy jednak naród naprawdę decyduje?
I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy naród realnie decyduje, czy jedynie wyraża wolę? Bo w praktyce ostateczny kształt zmian w sądownictwie - nawet tych popartych wynikiem referendum - rozstrzygnie się w toku parlamentarnych prac. A te będą się toczyć zwykłym trybem ustawodawczym. Co to znaczy? To od prac w komisjach, głosowań w Sejmie i Senacie będzie zależeć ostateczny kształt przyjętej zmiany prawa.
- W Polsce referendum i jego wynik, pomimo że jest instytucją demokracji bezpośredniej, to nie ma charakteru normotwórczego i nie zastępuje procesu ustawodawczego. Czyli nie jest tak, że w referendum głosujemy brzmienie przepisu, który po uzyskaniu większości wchodzi w życie. Tutaj konieczne jest działanie władzy ustawodawczej, a następnie podpis prezydenta - wyjaśnia dr Stępniak. Dodaje, że polscy obywatele "nie głosują za czy przeciw konkretnym przepisom, tylko w ramach pewnych zagadnień, zadanych pytań". Jeżeli Polacy oddaliby głos w referendum, a to byłoby wiążące "to później i tak na jego podstawie musi zostać przygotowany projekt aktu normatywnego, który przejdzie przez całą ścieżkę legislacyjną".
W skrócie: mamy wiążący wynik referendum, w efekcie czego powinien zostać wniesiony projekt ustawy, a następnie pracuje nad nią Sejm, Senat i podpisuje prezydent. Referendum w Polsce nie oznacza automatycznych zmian ustawodawczych.
Prezydent z prawem weta
Nawet jeśli parlament uchwali przepisy odzwierciedlające wolę wyrażoną w referendum, ustawa - jak każda inna - trafi na biurko prezydenta. Ten nie musi jej podpisać. Tak jak w przypadku każdej innej ustawy głowie państwa przysługuje prawo weta oraz odesłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, by ten zbadał jej zgodność z konstytucją.
Prezydent nie może jednak tego zrobić "wyłącznie dlatego, że nie zgadza się z postulowaną zmianą, w tym zakresie jest bowiem związany wolą narodu wyrażoną w referendum", ocenia dr Radajewski. I dodaje: "Prezydent może jednak swobodnie skorzystać z tych instrumentów (weto, odesłanie do TK - red.), gdy stwierdzi, że uchwalona przez parlament ustawa nie wykonuje wyniku referendum albo czyni to w niewłaściwy sposób. (...) Tak samo prezydent będzie mógł zawetować zwykłą ustawę, jeśli stwierdzi, że realizacja wyrażonej w referendum woli narodu wymaga uchwalenia nie zwykłej ustawy, lecz ustawy o zmianie konstytucji".
Jeśli prezydent zawetuje ustawę realizującą wynik referendum, do jego odrzucenia potrzeba trzech piątych głosów w obecności minimum połowy ustawowej liczby posłów. Takiej większości w Sejmie rządząca koalicja teraz nie ma.
Ekspert: zapowiedź "polityczna i populistyczna"
Konstytucjonalista dr Kamil Stępniak przyznaje więc, że realizacja "woli narodu" jest w praktyce iluzoryczna. - Nie ma przepisów, które zobowiązałyby parlamentarzystów do przegłosowania konkretnych przepisów. Przecież posłowie i senatorowie posiadają mandat wolny. Jeżeli na karcie referendalnej mamy ogólne pytanie dotyczące pewnego zagadnienia, to już przy przygotowaniu projektu - przekładaniu wyniku referendum na przepisy prawne - następuje obróbka legislacyjna. Później w procesie ustawodawczym przepisy mogą ulegać zmianie - tłumaczy.
Jego zdaniem próba wykazania jednemu z organów, że "nie zrealizował obowiązku realizacji wiążącego wyniku referendum i wyciągnięcie z tego konsekwencji prawnych", jest praktycznie niemożliwa.
- Dlatego mówienie, że coś zostanie załatwione przez referendum, to obietnica często czysto polityczna i populistyczna. Chodzi bardziej o grę polityczną niż o faktyczne zmiany prawne i rozwiązanie problemu - ocenia zapowiedź prezydenta Nawrockiego dr Stępniak.
Źródło: Konkret24
Źródło zdjęcia głównego: Kancelaria Prezydenta RP