Scenariusz grecki dla Polski już za 10 lat! - straszą od kilku dni politycy opozycji. Przekonują, że przed załamaniem polskich finansów ostrzegła nas nawet Komisja Europejska. Sęk w tym, że rozpowszechniający ten przekaz albo nie zrozumieli unijnego dokumentu, albo celowo manipulują.
Stan polskich finansów publicznych w ostatnich latach nie napawa optymizmem. Nie umyka to uwadze Komisji Europejskiej, która w lipcu 2024 roku objęła Polskę procedurą nadmiernego deficytu w związku z wysokim deficytem z 2023 roku. W ostatnich dniach w mediach społecznościowych rozchodzi się jednak narracja, że sytuacja jest na tyle tragiczna, iż Polsce grozi "scenariusz grecki", czyli gwałtowny kryzys zadłużenia mogący prowadzić do niewypłacalności państwa.
Takie ostrzeżenia płyną między innymi ze strony polityków opozycji. Europoseł PiS Jacek Saryusz-Wolski 23 lutego 2026 roku opublikował wykres, który ma pokazywać "galopujący dług publiczny Polski" i alarmował: "Grozi nam grecki scenariusz i unijny nadzór makro-finansowy". Zdaniem posłanki PiS Anny Kwiecień "dług publiczny Polski nadciąga jak tsunami", a "grecki scenariusz to fakt". Natomiast będący częścią Konfederacji Ruch Narodowy 21 lutego opublikował na swoim profilu grafikę, na której ostrzega przed "scenariuszem greckim dla Polski już za 10 lat".
Część komentatorów jako winnego tej sytuacji wskazuje obecny rząd. "Czy po zaledwie kilku latach rządów nieudacznika i oszusta Tuska Polsce grozi druga Grecja? Owszem"; "Rząd Tuska realizuje 'scenariusz grecki'. Prowadzą Polskę do bankructwa i pod 'zarząd komisaryczny' Brukseli. Grozi nam przyrost odsetek szybszy niż wzrost PKB. Niebawem będziemy wśród najbardziej zadłużonych państw UE z długiem przekraczającym 100 procent PKB" (pisownia postów oryginalna) - alarmują internauci, informując przy tym, że takie ostrzeżenia płyną do Polski prosto z Unii Europejskiej. "Komisja Europejska ostrzega Polskę przed tzw. greckim scenariuszem. W ciągu 10 lat zadłużenie naszego kraju ma sięgnąć 107 proc. PKB" - podał 23 lutego 2026 roku portal Radia Maryja.
Tylko że Komisja Europejska przed żadnym "scenariuszem greckim" nie ostrzega.
"Czysto techniczna" prognoza KE: co by było, gdyby...
Wszystko zaczęło się od "Monitora stabilności zadłużenia" (Debt Sustainability Monitor, DSM) opublikowanego 12 lutego 2026 roku przez Komisję Europejską. To wydawany co roku raport, w którym eksperci KE oceniają potencjalne ryzyka dla finansów publicznych we wszystkich państwach Unii Europejskiej.
W rozdziale dotyczącym Polski "średnioterminowe ryzyko związane ze stabilnością finansów publicznych" oceniono jako wysokie, ale zdanie, które wywołało dyskusję o "scenariuszu greckim", brzmiało: "Zgodnie ze scenariuszem bazowym przewiduje się, że w perspektywie średnioterminowej zadłużenie będzie stale rosło, osiągając w 2036 roku poziom około 107 procent PKB".
Rzeczywiście, bez niezbędnego kontekstu taka ocena może niepokoić. Tym bardziej gdy politycy ostrzegają, że to znaczy, iż Komisja Europejska prognozuje w Polsce "drugą Grecję". Lecz kluczowe jest tutaj zrozumienie sformułowania: "zgodnie ze scenariuszem bazowym".
Scenariusz bazowy w tym dokumencie Komisji Europejskiej to prognoza, jak rozwijałby się dług publiczny w Polsce, jeśli rząd nie podejmowałby żadnych ograniczających go działań. Sami autorzy raportu we wstępie wyjaśniają, że ich prognoza "ocenia skutki niezmiennej polityki fiskalnej dla dynamiki zadłużenia" i od razu zastrzegają:
Co ważne, założenie braku zmian w polityce fiskalnej jest założeniem czysto technicznym i neutralnym, dlatego też scenariusz bazowy nie powinien być traktowany jako scenariusz najbardziej prawdopodobny.
Czyli Komisja Europejska oszacowała, że polski dług publiczny może osiągnąć 107 proc. PKB za dziesięć lat, jeśli przez ten czas zadłużenie rosłoby w obecnym tempie, po drodze wystąpiłyby inne negatywne czynniki, które przewiduje KE (na przykład starzenie społeczeństwa), no i przede wszystkim gdyby rząd nie robił nic, by temu przeciwdziałać. Jednocześnie sama KE przyznaje, że jest to scenariusz "czysto techniczny" i ma być raczej zachętą do podejmowania przez państwa konkretnych działań niż scenariuszem na przyszłość.
"Polska może zejść z tej niekorzystnej ścieżki"
W przypadku Polski to wyjaśnienie jest o tyle ważne, że rząd już w 2024 roku zaplanował konkretne działania. W październiku 2024 roku przyjęto "Średniookresowy plan budżetowo-strukturalny na lata 2025-2028", czyli dokument wymagany przez KE po wszczęciu procedury nadmiernego deficytu. Ministerstwo Finansów szczegółowo określa w nim, jak chce kontrolować dług publiczny lub deficyt budżetowy. W prognozie z "Monitora stabilności zadłużenia" w ogóle nie wzięto pod uwagę istnienia tego dokumentu - co już dzień po publikacji raportu podnosił prof. Paweł Wojciechowski, prezes Instytutu Finansów Publicznych (IFP). "DSM celowo nie uwzględnia średniookresowego planu fiskalnego rządu po 2026 roku. To test wiarygodności polityki fiskalnej: co, jeśli nic nie zrobimy?" - tłumaczył w serwisie X.
Zdaniem prof. Pawła Wojciechowskiego rządowy plan "pod warunkiem konsekwentnej realizacji" może sprawić, że omawiany scenariusz projekcji długu się nie zmaterializuje. "Jeśli doprowadzi do trwałego obniżenia deficytu i stabilizacji długu, Polska może zejść z tej niekorzystnej ścieżki" - stwierdza ekonomista w komentarzu przesłanym Konkret24.
"Scenariusz grecki" dotyczy Grecji, nie Polski
Mimo tych kluczowych zastrzeżeń prognoza polskiego długu na poziomie 107 proc. PKB w 2036 roku rzeczywiście pojawia się w dokumencie Komisji Europejskiej. Czy więc prawdą jest, że komisja "ostrzega Polskę przed tzw. greckim scenariuszem", jak twierdzą internetowi komentatorzy? Profesor Paweł Wojciechowski odpowiada krótko:
Nie, projekcje Komisji Europejskiej nie oznaczają, że Polsce grozi "scenariusz grecki". Polska znajduje się w zupełnie innej sytuacji niż Grecja w czasie kryzysu: ma niższy dług, dostęp do rynków finansowych oraz rating inwestycyjny. Realnym zagrożeniem nie jest nagłe załamanie, lecz stopniowe pogarszanie się finansów publicznych.
Wyjaśnijmy argumenty prezesa IFP. Grecja w czasie kryzysu (w latach 2010-2015) rzeczywiście odnotowywała bardzo wysoki poziom długu publicznego, znacznie przekraczał on poziom 100 proc. PKB - wahał się od 148 proc. w 2010 roku do 183 proc. PKB w 2014 roku (według metodologii unijnej). Jednak samo przekroczenie pułapu zadłużenia ponad 100 proc. PKB nie oznacza, że dany kraj, na przykład Polska, ogłosi niewypłacalność, tak jak zrobiła to Grecja w 2015 roku.
Powodów tragicznej sytuacji w Grecji było bowiem dużo więcej. Profesor Wojciechowski wspomina dostęp do rynków finansowych oraz rating inwestycyjny. Chodzi o wydarzenia z 2009 roku, kiedy okazało się, że Grecja celowo zaniżała dane o swoim deficycie. Między innymi to spowodowało, że agencje ratingowe obniżyły greckie ratingi kredytowe, a zagraniczni inwestorzy stracili zaufanie do władz w Atenach. Wywołało to efekt kuli śnieżnej, który doprowadził do niestabilności sektora bankowego i masowe wycofywanie z nich depozytów przez samych Greków, jak i zagraniczne instytucje finansowe.
Dopiero kombinacja wszystkich tych czynników wraz z wieloletnimi wysokimi wydatkami publicznymi i pogłębiającą się recesją gospodarczą doprowadziła do niewypłacalności.
W Europie nietrudno znaleźć przykłady na to, że dług publiczny przekraczający 100 proc. PKB nie oznacza "scenariusza greckiego" lub natychmiastowej niewypłacalności. W trzecim kwartale 2025 roku taka sytuacja poza Grecją dotyczyła także Włoch (dług publiczny: 138 proc. PKB), Francji (118 proc. PKB), Belgii (107 proc. PKB) czy Hiszpanii (103 proc. PKB). Do tego pułapu zbliża się też Portugalia z długiem na poziomie 98 proc. PKB. Dzięki różnym innym czynnikom gospodarczym i planom konsolidacji długu rynki finansowe wciąż ufają jednak tym państwom. To powoduje, że mimo wysokiego poziomu długu są one w stanie spłacać swoje zobowiązania i nie powtarzają scenariusza znanego z Grecji.
W Polsce dług w trzecim kwartale 2025 roku wyniósł 58,1 proc. PKB. Przypomnijmy jednak, że nasza konstytucja zabrania zadłużania się powyżej poziomu 60 proc. PKB. To kolejny argument za tym, że Polska wcale nie musi zrealizować prognozy przedstawionej przez Komisję Europejską.
A niezależnie od tego owa prognoza wcale nie oznacza, że grozi nam "scenariusz grecki".
Źródło: Konkret24
Źródło zdjęcia głównego: Rafał Guz/PAP