Niemiecka historyczka i nagradzana blogerka Marie Sophie Hingst przez kilka lat pisała o tragicznych losach swojej rodziny. 22 jej krewnych żydowskiego pochodzenia miało stracić życie jako ofiary Holokaustu. Opowieści Hingst okazały się oszustwem. Tylko troje bohaterów jej historii istniało w rzeczywistości, żadna z tych osób nie była żydowskiego pochodzenia, żadna nie była ofiarą nazistowskich zbrodni.

Marie Sophie Hingst pochodzi z Wittenbergi, w niemieckim kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Studiowała historię w Berlinie, Lyonie i w Los Angeles. W 2013 r. rozpoczęła studia w Irlandii na Trinity College w Dublinie. Tam również zaczęła pisać bloga "Read on my dear, read on" [tłum. – Czytaj dalej kochanie, czytaj dalej], który miał blisko 240 tysięcy stałych czytelników.

W publikowanych wpisach Hingst wspominała o tragicznych losach swojej rodziny podczas II wojny światowej. Zgodnie z relacjami na blogu, jej pradziadek wraz z całą rodziną miał zostać zamordowany w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau.

W 2017 r. Hingst otrzymała tytuł blogerki roku Der Goldenen Blogger, inicjatywy nagradzającej najlepsze blogi, podcasty i najciekawsze pomysły, pojawiające się w sieci. W 2018 r. Hingst dostała nagrodę "Financial Times" Przyszłość Europy w konkursie na esej. Podczas wręczania nagrody miała mówić o cierpieniu swojej rzekomo żydowskiej rodziny. Ich los porównała do tragedii współczesnych uchodźców.

Zgłoszenie do Yad Vashem

8 września 2013 r. Hingst wysłała do archiwum Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem w Jerozolimie 15 wypełnionych formularzy z informacjami o członkach swojej rodziny – jak twierdziła – ofiarach Holokaustu. Kolejne siedem ankiet wysłała drogą elektroniczną. Dokumenty, które wypełniła Hingst, dostępne są w sieci. Może z nich skorzystać każdy, kto chce przesłać Yad Vashem informacje o losach osób pochodzenia żydowskiego w czasach II wojny światowej.

Przez lata Marie Sophie Hingst dbała o rozpowszechnianie swojej wersji rodzinnej historii. Angażowała się w inicjatywy lokalnych społeczności żydowskich, zarówno w Niemczech, jak i po przeprowadzce do Dublina. Hingst moderowała dyskusje organizowane przez mecenasów berlińskiego pomnika ofiar Holokaustu, pracowała dla berlińskiego Centrum Studiów Żydowskich Selmy Stern, a także angażowała się w aktywność społeczności żydowskiej na Trinity College.

Legendy pani z Dublina

Na nieścisłości historyczne w relacjach rozpowszechnianych przez Marie Sophie Hingst zwróciła uwagę niemiecka historyczka Gabriele Bergner. Wątpliwości co do prawdziwości rozpowszechnianych przez Hingst informacji pojawiły się także w komentarzach na jej blogu.

Doniesieniami zajęli się dziennikarze niemieckiego tygodnika "Der Spiegel". Dzięki ich dochodzeniu udało się udowodnić, że rodzinna historia Marie Sophie Hingst została przez nią sfałszowana. Dziennikarze rozpoczęli pracę od zweryfikowania informacji o krewnych kobiety w archiwum miasta Stralsund.

Podczas spotkania z dziennikarzem "Der Spiegel" pracownicy archiwum nazwali kobietę "panią z Dublina", która rozpowszechniała "legendy" o mieszkańcach Stralsundu i nadawała im sfałszowaną tożsamość.

Nie udało się potwierdzić nie tylko prawdziwości informacji podawanych przez Hingst, ale nawet istnienia niektórych, zgłoszonych do Yad Vashem, członków jej rodziny od strony ojca. Archiwum w Stralsund nie dysponowało jakimikolwiek informacjami na ich temat.

Pradziadek ewangelik

W zbiorach placówki udało się jednak odnaleźć materiały dotyczące dwóch innych członków rodziny blogerki – jej pradziadka Hermanna Hingsta i jego żony Marie. Obojgu Hingst przypisywała korzenie żydowskie. Mieli zginąć w 1942 r. zamordowani przez nazistów.

Tej ostatniej informacji przeczyły jednak odnalezione dokumenty. Archiwum dysponowało ankietą, wypełnioną przez Hermanna Hingsta w 1947 r. w związku z pracą podejmowaną w sowieckiej strefie okupacyjnej.

Dokument zawierał informację o jego ewangelickim wyznaniu, a także o dzieciach. Hermann Hingst miał dwie córki i urodzonego w 1917 r. syna Rudolfa. Od 1956 Rudolf Hingst był ewangelickim pastorem. Zmarł w 1977 r. Jego żona również była wyznania ewangelickiego.

Jak informuje "Der Spiegel", w oficjalnych źródłach udało się potwierdzić istnienie tylko trzech osób z 22 zgłoszonych przez Marie Sophie Hingst Yad Vashem jako ofiary Holokaustu.

Szpital w New Delhi

W czasie pracy nad identyfikacją fałszerstw blogerki, na światło dzienne wyszło inne rozpowszechniane przez nią kłamstwo. Na swoim blogu Hingst zamieszczała także notki poświęcone jej aktywności w Indiach. Wraz z przyjacielem miała założyć małą klinikę w slumsach New Dehli. Jej relacje z Indii nie były jednak szczegółowe. Brakowało informacji o adresie placówki, a także zdjęć potwierdzających jej istnienie. Pojawiały się też nieścisłości. Według jednych relacji, Hingst sama założyła klinikę, według innych, podjęła pracę w już istniejącej placówce.

Oprócz pomocy medycznej, klinika miała prowadzić także działalność w obszarze edukacji seksualnej. W styczniu 2017 r. na swoim blogu Hingst napisała, że doświadczenia edukatorki wykorzystała w pracy z młodymi uchodźcami w - niewymienionym z nazwy - małym niemieckim mieście. Wpis przykuł uwagę mediów. Hingst udało się nawet opublikować artykuł na ten temat w Zeit Online.

Czytelnicy kwestionowali prawdziwość relacji, a pod opublikowanym pod pseudonimem tekstem Hingst zamieszczali krytyczne komentarze. Dopiero po interwencji "Der Spiegel", redakcja przyznała że opublikowane w artykule informacje nie zostały dostatecznie zweryfikowane.

Kreacja artystyczna

Marie Sophie Hingst początkowo bardzo nerwowo zareagowała na pytania "Der Spiegel", związane z wojennymi losami jej rodziny. Bez słowa opuściła spotkanie z dziennikarzem tygodnika. Później, telefonicznie przeprosiła za swoje zachowanie. Jej stanowisko trafiło do redakcji za pośrednictwem prawnika.

W przekazanym redakcji oświadczeniu poinformowano, że treści rozpowszechniane przez blogerkę były wyrazem "wolności artystycznej". - Chodzi w tym przypadku o literaturę, nie o dziennikarstwo, czy o piśmiennictwo historyczne – cytuje "Der Spiegel" oświadczenie.

Napisano w nim także, że Hingst nie weryfikowała informacji o swojej rodzinie, przekazanych Instytutowi Yad Vashem. Relacje o 22 ofiarach Holokaustu, związanych z jej rodziną, miały bazować na informacjach pochodzących od jej zmarłej babci.

Po ujawnieniu fałszerstwa, przedstawiciele inicjatywy Der Goldenen Blogger poinformowali o odebraniu Hingst nagrody blogerki roku 2017. Przedstawiciele władz miasta Stralsund wystąpili do niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z prośbą o przekazanie szczegółów sprawy Instytutowi Yad Vashem.

Fałszerstwa związane z Holokaustem

Historia Marie Sophie Hingst przypomina podobne próby fałszowania opowieści związanych z Holokaustem. W ubiegłym roku, również za sprawą "Der Spiegel", na światło dzienne wyszła sprawa Wolfganga Seiberta, wieloletniego lidera wspólnoty żydowskiej w niemieckim mieście Pinneberg. Seibert miał wprowadzić w błąd współpracowników, mówiąc o swoim żydowskim pochodzeniu. W rzeczywistości urodził się w rodzinie protestanckiej.

Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów fałszerstwa Holokaustu jest sprawa Mishy Defoneski, która w rzekomo autobiograficznej powieści "Misha: A Mémoire of the Holocaust Years" (polski tytuł – "Przeżyć z wilkami") opisała nieprawdziwe wydarzenia rzekomo z historii swojej rodziny. Autorka w wieku ośmiu lat miała wyruszyć w poszukiwaniu rodziców, aresztowanych przez nazistów. Miała przejść pieszo przez okupowaną Belgię i Niemcy, docierając aż do Polski.

W 2008 roku okazało się, że historia tej podróży została zmyślona. Po zakwestionowaniu historii przez belgijski "Le Soir" Mischa Defonesca przyznała, że nie jest Żydówką. Później wyjaśniała, że choć książka nie odnosi się do rzeczywistości, to jest "jej rzeczywistością". Tłumaczyła, że czasem trudno jest jej odróżnić prawdę od jej wewnętrznego świata.

W grudniu w Konkret24 pisaliśmy o bestsellerowej powieści "Tatuażysta z Auschwitz". Książka autorstwa Heather Morris została przetłumaczona na kilkanaście języków. To opowieść o losach słowackiego Żyda Lale Sokołowa, a właściwie Ludwiga Eisenberga. Autentyczność części zawartych w opowieści opisów wydarzeń podważyło Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Muzeum Auschwitz o weryfikowaniu przeszłości

Muzeum Auschwitz współpracuje z Instytutem Yad Vashem, między innymi w zakresie wymiany informacji archiwalnej. - Zdarzało się zatem także, iż udzielano informacji o więźniach Auschwitz, również my korzystaliśmy z danych Yad Vashem - napisał w mailu do Konkret24 Paweł Sawicki z biura prasowego Muzeum. Zaznaczył jednocześnie, że obecnie placówka dysponuje ok. 5 procentami oryginalnych poobozowych dokumentów. Tym samym informacje o wszystkich zarejestrowanych więźniach mogą nie być dostępne.

Przy weryfikowaniu informacji dotyczących historii obozu, w badaniach historycznych Muzeum Auschwitz wykorzystuje różne rodzaje źródeł, w tym dokumenty wykonane w czasie istnienia obozu przez administrację SS, materiały wykonane przez więźniarski ruch oporu, raporty uciekinierów. - Dysponujemy także relacjami byłych więźniów i różnymi innymi dokumentami wykonywanymi po wojnie - podkreśla Sawicki.

W badaniach korzysta się także z innych zasobów archiwalnych ze względu na to, iż np. listy transportowe do Auschwitz mogą znajdować się w innych archiwach, a także więźniowie Auschwitz byli przenoszeni do innych obozów. W korespondencji z Konkret24 Paweł Sawicki zwraca też uwagę na wagę ogólnej i szczegółowej wiedzy o historii. - W naszym przypadku (historii - red.) obozu Auschwitz, która pozwala, choć nie w 100 procentach, zweryfikować pewne informacje - podsumowuje.

Muzeum Auschwitz odnosi się również do pojawiających się w przestrzeni publicznej fałszywych informacji związanych z szeroko pojętą pamięcią o Auschwitz. W obszernym tekście dostępnym na stronach muzeum można przeczytać m.in. o powielanych w mediach doniesieniach o istnieniu rzekomego zakazu wykonywania polskiego hymnu i odprawiania mszy świętych na terenie muzeum, czy wnoszenia na teren muzeum polskich flag.

Autor:  kjab
Źródło:  Konkret24, Der Spiegel; zdjęcie tytułowe: Shutterstock

Pozostałe

Nie, Donald Trump nie nazwał włoskiego prezydenta "Mozzarella"

Donald Trump nie nazwał publicznie prezydenta Włoch Sergio Mattarelli "Mozzarellą". Nie powiedział też, że Stany Zjednoczone i Włochy łączą relacje sięgające antycznego Rzymu. Dowodem na to są nagrania i transkrypcje z konferencji prasowej i spotkania w Gabinecie Owalnym. Mimo to nieprawdziwe informacje podało tysiące internautów, jako dowód wykorzystując przypadkowe kadry z jednego z nagrań.

Co papież Franciszek mówił o edukacji seksualnej? Sprawdzamy popularny internetowy wpis

Tuż przed rozpoczęciem sejmowej debaty o obywatelskim projekcie ustawy wprowadzającej kary za propagowanie edukacji seksualnej, lider partii Wiosna Robert Biedroń zacytował na Twitterze słowa papieża Franciszka o konieczności edukacji seksualnej w szkołach i że "seks jest darem od Boga". Konkret24 sprawdził, że cytat jest prawdziwy, a papież takiego sformułowania w ostatnim roku użył co najmniej trzykrotnie. Przybliżamy jego kontekst.

#MódlSięZaJaponię. Internetowa akcja pełna wsparcia i... fałszywych materiałów

Tajfun Hagibis uderzył w Japonię – to fakt. Żeby okazać solidarność z Japończykami, w serwisach społecznościowych zorganizowano akcję #PrayforJapan (z ang. #MódlsięzaJaponię), w ramach której każdy może przekazać swoje wsparcie poszkodowanym. Nagrania gwałtownych zjawisk atmosferycznych, które mają pokazać potęgę żywiołu, nie zawsze pochodzą jednak z Japonii i niekoniecznie zostały wykonane w tym roku.

Była wzorem dla lalki Barbie, miała pracować w NASA. Wcześniej wymyśliła sobie życiorys

Greckie media pisały o Eleni Antoniadou jako o "naukowcu światowego kalibru". Miała mieć tytuł doktora, pracować przy pierwszym udanym przeszczepie sztucznej tchawicy, prowadzić firmę medycyny regeneracyjnej, a w przeszłości pracować w NASA. Po otrzymaniu nagrody od greckiej minister edukacji postanowiono jednak zweryfikować imponujący życiorys kobiety.

Polski żołnierz nie zastrzelił ukraińskiego. To fejk z atakiem hakerskim w tle

W ukraińskich i rosyjskich mediach pojawiła się informacja o Ukraińcu postrzelonym przez polskiego żołnierza na poligonie w Jaworowie podczas ukraińsko-amerykańskich manewrów wojskowych. Ukraińska policja zaprzeczyła takim doniesieniom, a przedstawiciele portalu, który był źródłem tych doniesień, poinformowali, że artykuł był efektem ataku hakerskiego przeprowadzonego przez "nieznanych sprawców". Fałszywe informacje nadal można jednak znaleźć w sieci.

UFO, amerykańska ściśle tajna baza i fałszywe zdjęcia

Czy tłumy szturmowały amerykańską bazę, gdzie mają być dowody na istnienie pozaziemskich istot? Taki wniosek można było wysnuć oglądając w mediach społecznościowych niektóre bardzo popularne zdjęcia. Jednak były to tylko internetowe żarty, a przed bramą słynnej Strefy-51 nie pojawiły się zapowiedziane dwa miliony osób.

Nie, to nie jest nagranie huraganu Dorian. To tylko animacja przerobionego zdjęcia

Rzekome nagranie huraganu Dorian, który na początku września uderzył w wybrzeże Bahamów, nie przedstawia nawet prawdziwego zjawiska pogodowego. Filmik to zbitka dwóch zdjęć, a za efekt ruchu odpowiada aplikacja. Przerobione zdjęcie po raz pierwszy pojawiło się w sieci w kwietniu, a jego zaanimowana wersja w maju 2019 - na kilka miesięcy przed nadejściem Doriana.