Premier Mateusz Morawiecki jeździ teraz po kraju i na spotkaniach z ludźmi przekonuje, że trzeba "walczyć o prawdę" i być "ambasadorem prawdy". Jednak w 2020 roku – roku wybuchu pandemii i wyborów prezydenckich – sam do tych zaleceń się nie stosował. Przedstawiamy kolejny odcinek naszego cyklu.

Pandemia COVID-19, która wybuchła w Polsce w marcu 2020 roku, była wyzwaniem nie tylko dla systemu ochrony zdrowia, ale także dla rządu, który w takich czasach powinien reagować stosownie do zagrożenia. Rząd Mateusza Morawieckiego mimo wszystkich symptomów gospodarczych i ocen ekspertów nie wprowadził w kraju stanu nadzwyczajnego – taka decyzja przesuwałaby bowiem co najmniej do lipca wybory prezydenckie zaplanowane na 10 maja (ostatecznie pierwsza tura odbyła się 28 czerwca, a druga dwa tygodnie później).

Polityka wpływała również na to, jak Morawiecki przedstawiał w publicznych wystąpieniach sytuację epidemiczną w kraju – bagatelizując niebezpieczeństwo, manipulując danymi, zaprzeczając faktom. Wypowiedź o wirusie, którego "nie trzeba się już bać", przejdzie do historii politycznej hipokryzji i przedwyborczej propagandy. Jej skutki obserwowaliśmy w kolejnych miesiącach: rekordowe liczby zakażeń, a z czasem także zgonów. To pokazuje, jaka odpowiedzialność spoczywa na prezesie Rady Ministrów za słowa kierowane do opinii publicznej.

W kolejnej części naszego cyklu przedstawiamy weryfikacje publicznych wypowiedzi premiera Morawieckiego z 2020 roku.

Cykl Konkret24 "Nieprawdy premiera Morawieckiego". Krzysztof Jabłonowski o wypowiedziach premiera z 2019 roku

Część III cyklu: wypowiedzi Mateusza Morawieckiego z 2020 roku

Fałsz: "Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się go bać"

Wyborczy wiec w Tomaszowie Lubelskim, 1 lipca 2020 roku

WERYFIKACJA: Po tych słowach premier mówił dalej: "Trzeba pójść na wybory tłumnie 12 lipca. Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory". Dzień wcześniej, 30 czerwca, Mateusz Morawiecki twierdził podobnie na wiecu przedwyborczym w Kraśniku: "Uważam, że [sytuacja epidemiczna] też jest opanowana, bo coraz mniej jest zachorowań. I dlatego wszystkich zapraszam - śmiało idźcie do urn wyborczych 12 lipca. (…) Wszyscy musimy pójść do urn wyborczych. Apeluję zwłaszcza do osób, które nie poszły, bo się obawiały czegoś. Nie ma się już czego bać".

Jednak kiedy trwała kampania przed wyborami prezydenckimi, pandemia COVID-19 w Polsce nie była w odwrocie. "Twierdzenie, że epidemia jest opanowana, jest niezgodne z rzeczywistością. To wymieszane hasła polityczne mające zachęcać do wyborów. Każdy, kto spojrzy na dane o zachorowaniach w Polsce i na świecie, zobaczy, że nic nie wskazuje na to, by wirus się wycofywał z Polski" - mówił wtedy w rozmowie z Konkret24 specjalista ds. profilaktyki zakażeń doktor Paweł Grzesiowski. Podkreślał, że koronawirus nadal jest groźny, a sytuacja nadal jest dynamiczna. "Lombardia, gdzie wirusa przeszło około 60 procent mieszkańców, może powiedzieć, że sytuacja jest pod kontrolą. Polska, która jest na granicy 3 procent zachorowalności, nadal jest obszarem, gdzie koronawirus może się szerzyć. Nie możemy bagatelizować tego zagrożenia" – oceniał.

Premier: "Trzeba pójść na wybory tłumnie 12 lipca"

Z kolei dr hab. n. med Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, komentując tę wypowiedź Morawieckiego dla Gazeta.pl, stwierdził: "Słysząc deklarację, że 'wirus jest odwrocie', mógłbym odnieść wrażenie, że dzienna liczba przypadków COVID-19 spada. A tak się przecież nie dzieje. Wystarczy spojrzeć na sytuację na Śląsku oraz w Wielkopolsce, gdzie liczba dobowa zakażeń wraca do poziomu z marca i kwietnia. Trudno w związku z tym powiedzieć, że wirus jest w odwrocie; moim zdaniem jest to co najmniej nieuprawnione". W tym samym tygodniu szef Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus ostrzegał, że "pandemia COVID-19 nawet nie zbliża się jeszcze do końca, a wręcz przyspiesza".

Jak wówczas informowaliśmy, dzienne raporty Ministerstwa Zdrowia o nowych przypadkach koronawirusa nie wskazywały na malejący trend liczby zachorowań. Liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała w niewielkim stopniu – 1 lipca średnia siedmiodniowa liczba zakażeń wynosiła 279 przypadków, a 9 czerwca - 452. I był to krótkotrwały spadek, bo kolejne miesiące przyniosły wzrost liczby wykrywanych zakażeń: przez prawie cały sierpień średnia siedmiodniowa liczba zakażeń utrzymywała się na poziomie ponad 700 przypadków, we wrześniu i październiku wciąż rosła. Fala zachorowań osiągnęła szczyt 11 listopada, gdy średnia siedmiodniowa liczba zakażeń wyniosła 25,6 tys.

Manipulacja: "Niestety dzisiaj Unia Europejska nie dała jeszcze żadnego eurocenta na walkę w koronawirusem. (…) Reakcje Unii Europejskiej są, jakie są"

Sejm, 27 marca 2020 roku

WERYFIKACJA: 27 marca 2020 roku podczas wystąpienia w Sejmie na temat tarczy antykryzysowej Mateusz Morawiecki stwierdził, że "Unia Europejska nie dała jeszcze żadnego eurocenta na walkę w koronawirusem". I dalej mówił: "Widać, że w takich czasach jak te, w czasach bardzo trudnych, najważniejsze są państwa, państwa narodowe. Polacy to doceniają, doceniają to wszyscy obywatele Unii Europejskiej. No bo niestety reakcje Unii Europejskiej są, jakie są".

Te słowa były szeroko komentowane jako niezgodne z faktami. Bo Komisja Europejska przedstawiła plan "Coronavirus Response Investment Initiative" (CRII) już 13 marca. Jego celem było właśnie wsparcie dla państw-członków UE w walce z pandemią. Weryfikując słowa premiera, serwis Fakenews.pl przypomniał, że dzień wcześniej, 26 marca, UE "przekierowała 37 mld euro funduszy UE na zakupy sprzętu medycznego i radzenie sobie ze skutkami społeczno-gospodarczymi kryzysu spowodowanego epidemią koronawirusa" – a "Polska w ramach tej inicjatywy dostała 7,4 mld euro (ok. 32 mld zł)".

Informacja o tym znalazła się 27 marca na stronie Parlamentu Europejskiego pt. "COVID-19: Parlament zatwierdza kluczowe instrumenty wsparcia dla UE". Czytamy tam, że europosłowie zdecydowali, iż owe 37 mld euro z dostępnych funduszy UE zostaną skierowane "do systemów opieki zdrowotnej, MŚP, rynków pracy i innych wrażliwych części gospodarek państw członkowskich UE". Ponadto przegłosowano: "Rozszerzenie Funduszu Solidarności UE w celu objęcia nim nagłych sytuacji kryzysowych dotyczących zdrowia publicznego. W 2020 roku środki te wyniosą do 800 mln euro dostępnych dla krajów europejskich. Rozszerzenie FSUE pozwoli na objęcie nim takich działań jak wsparcie w poważnej sytuacji zagrożenia zdrowia publicznego, w tym pomocy medycznej, jak również działań mających na celu zapobieganie, monitorowanie lub kontrolę rozprzestrzeniania się chorób" – informował komunikat. Na stronie przedstawicielstwa KE w Polsce potwierdzono, że z tych 37 mld euro 7,4 mld otrzyma Polska.

A np. na stronie Fundusz dla Mazowsza już 23 marca widniała informacja: "Ponad 134 mln zł z funduszy europejskich dla mazowieckich szpitali na walkę w koronawirusem". Czytamy w niej: "Mazowsze jako pierwsze województwo uruchomiło fundusze europejskie na walkę z epidemią koronawirusa. Środki pochodzą z puli Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2014-2020, a ich pilne przesunięcie na ten cel możliwe było na podstawie uzgodnień Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej z Komisją Europejską".

Premier Morawiecki: Unia Europejska nie dała jeszcze żadnego eurocenta na walkę z koronawirusem

Na wystąpienie Morawieckiego w Sejmie zareagował Erich Unterwurzacher, dyrektor dyrekcji generalnej odpowiadającej za politykę regionalną KE - wystosował list do ministra funduszy i polityki regionalnej oraz marszałków województw, w którym ich "zachęca do skorygowania ostatnich niedociągnięć w komunikacji". "Chcielibyśmy podkreślić znaczenie rzetelnego informowania o zaangażowaniu europejskich funduszy strukturalnych w zwalczanie pandemii w Polsce" – napisał. I przypomniał: "Zapewniamy elastyczne rozwiązania w zakresie zarządzania zasobami finansowymi dostępnymi w bieżących programach. Obejmuje to zrezygnowanie z obowiązku zwrócenia niewykorzystanych w 2019 r. środków zaliczkowych w ramach europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych oraz umożliwienie wykorzystania tych środków na inwestycje w ramach 'Coronavirus Response Investment Initiative'. W przypadku Polski jest to około 1 mld euro" (cytat za Gazetaprawna.pl).

Premier Morawiecki tłumaczył potem, że ta unijna pomoc to "przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni w ramach finansów państwa polskiego do drugiej kieszeni" – ale i to było nie do końca prawdą. Oceniając wypowiedź premiera w Sejmie jako manipulację, portal Demagog.org.pl wyjaśniał: "Środki, które UE przeznaczyła na walkę z koronawirusem, pochodzą z przekierowania środków należnych państwom członkowskim z funduszy strukturalnych i inwestycyjnych. Jednakże do tych środków wliczają się również te, które Polska, z racji ich wcześniejszego niewykorzystania, musiałaby w normalnych warunkach zwrócić do budżetu unijnego".

Manipulacja: "Dzisiaj z całą mocą trzeba podkreślić te dane, które w najbardziej wyrazisty sposób świadczą o tym, że zapanowaliśmy nad chorobą, pandemią koronawirusa w sposób dużo bardziej sprawny niż najbardziej bogate kraje, najbogatsze kraje świata, kraje Europy Zachodniej"

Konferencja prasowa premiera oraz ministrów zdrowia i kultury, 27 maja 2020 roku

WERYFIKACJA: Ogłaszając w maju 2020 roku wdrożenie czwartego etapu znoszenia obostrzeń związanych z pandemią COVID-19, premier Morawiecki chwalił się, że w Polsce nad pandemią zapanowano, co według niego pokazywały "dane, które w najbardziej wyrazisty sposób świadczą o tym". Na dowód pokazał tylko statystyki zgonów z COVID-19 w przeliczeniu na milion mieszkańców w wybranych 15 krajach Europy (na dzień 26 maja) – Polska była na 12. miejscu (ze wskaźnikiem 27), a na pierwszych miejscach były Belgia (806), Hiszpania (580), Włochy (546), Wielka Brytania (545). Kancelaria premiera nie wyjaśniła, dlaczego akurat te kraje wybrano do wykresu. Patrząc na nie, wydawało się, że rzeczywiście zapanowaliśmy nad pandemią bardziej niż kraje Europy Zachodniej.

By sprawdzić, jak wygląda wskaźnik zgonów na COVID-19 na milion mieszkańców w całej UE, przeanalizowaliśmy wtedy w Konkret24 dane Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) z 26 maja. Spośród 27 krajów UE tylko w ośmiu było mniej zgonów z COVID-19 w przeliczeniu na milion mieszkańców niż w Polsce. Wśród 40 europejskich państw Polska była na 14. miejscu pod tym względem. Lecz choć w maju przyrostu zgonów jeszcze nie było widać, to wraz z rozwojem pandemii – bo właśnie jej rozwój wtedy obserwowaliśmy, a nie stan zapanowania nad nią, jak twierdził Morawiecki – w kolejnych miesiącach śmiertelność w kraju rosła dynamicznie. Skutek: wzrost liczby zgonów w 2020 roku wobec 2019 wyniósł 16,4 proc. Jak pisaliśmy w Konkret24, według danych Ministerstwa Cyfryzacji w 2020 roku zmarło w Polsce 478 658 osób. Było to o 67 677 osób więcej niż w roku 2019. Natomiast jeśli chodzi o nadmiarowe zgony, to - według Eurostatu - ich odsetek w Polsce w 2020 roku w porównaniu z latami 2016-2019 wyniósł aż 23,5 proc. – najwięcej w krajach Unii Europejskiej.

Dlaczego to nie zgony "w najbardziej wyrazisty sposób świadczyły o tym", że zapanowaliśmy wtedy nad pandemią? Bo choć w maju zgonów z COVID-19 na milion mieszkańców było u nas mało, to dynamika dziennego wzrostu zakażeń w naszym kraju wcale nie malała - w przeciwieństwie do wielu państw, z którymi porównał Polskę premier. W większości z nich dzienna liczba nowych zachorowań znacząco już spadła i kraje te miały za sobą szczyt pandemii – a wyjątkami były Polska i Szwecja. Szczegółowo opisaliśmy tę kwestię w Konkret24. "Jesteśmy w tej chwili najprawdopodobniej w fazie wypłaszczenia krzywej zachorowań, natomiast nie obserwujemy spadku zachorowań. Nie możemy powiedzieć, że pandemia w Polsce mija" - tłumaczył w TVN24 dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Sama informacja o liczbie zgonów na milion mieszkańców nie świadczy bowiem o tym, że dany kraj zapanował już nad pandemią. By to ocenić, nie można patrzeć tylko na jeden wskaźnik - co tłumaczyli eksperci, z którymi rozmawiał Konkret24. Podobnie przy porównywaniu sytuacji w różnych krajach nie można stosować tylko jednego wskaźnika. Podkreślały to też agencje ds. zdrowia, jak np. Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób. Wszyscy zalecali ostrożność przy takich porównaniach - w poszczególnych państwach stosowano bowiem różne strategie przeprowadzania testów, inna była efektywność nadzoru epidemiologicznego, inne poziomy testowania.

Trzeba zwracać uwagę m.in. na udział testów pozytywnych, bo ten wskaźnik mówi o transmisji wirusa w danej społeczności. A 28 maja 2020 roku udział testów pozytywnych w Polsce wynosił 1,84 proc. i był to szósty najwyższy udział w 22 krajach UE (brak wtedy danych dla Austrii, Czech, Malty, Holandii i Szwecji) - wyższy udział miały Hiszpania, Belgia, Rumunia, Bułgaria i Irlandia. Na tle bogatych europejskich państw jak Niemcy, Włochy, Wielka Brytania czy Szwajcaria wypadaliśmy wtedy gorzej – w tych krajach udział testów pozytywnych był bowiem niższy. A premier porównał Polskę do najbogatszych krajów.

Kolejnym wskaźnikiem do porównań sytuacji epidemicznej w różnych państwach jest średnia siedmiodniowa liczba testów na tysiąc mieszkańców: im w danym kraju jest wyższa, tym lepiej rozpoznana tam jest sytuacja epidemiczna. Eksperci w Polsce od początku pandemii COVID-19 powtarzali: "Żeby znać skalę pandemii, musimy testować". W maju 2020 roku pod tym względem Polska była 14. wśród 23 państw UE (brak danych na ten czas z Czech, Holandii, Malty i Szwecji).

Ważny jest też współczynnik reprodukcji wirusa R – gdy wynosi ponad 1, oznacza to, że pandemia się rozprzestrzenia. 27 maja 2020 roku współczynnik R wynosił w Polsce 1 (dane Our World in Data) i był piątym najwyższym w krajach UE. W bogatych państwach Europy - ponownie przywołajmy Niemcy, Włochy, Wielką Brytanię i Szwajcarię - wynosił już poniżej 1 (to świadczy, że epidemia wygasa). A gdyby spojrzeć na współczynnik R w najbogatszych państwach świata (o których też wspomniał premier) takich jak Stany Zjednoczone, Singapur, Luksemburg, Irlandia, Katar – we wszystkich z wyjątkiem ostatniego R było też poniżej 1. Dlatego nie można było wtedy twierdzić, że zapanowaliśmy nad pandemią i to sprawniej niż najbardziej bogate kraje. Kolejne miesiące to potwierdziły.

Nieprawdziwa wypowiedź Mateusza Morawieckiego z października 2020 roku
Nieprawdziwa wypowiedź Mateusza Morawieckiego z października 2020 roku Foto: Antonina Długosińska/Shutterstock / Konkret24

Fałsz: "Wiosna, pierwsza fala, potem te promienie ultrafioletowe rzeczywiście bardzo mocno osłabiły zasięg koronawirusa, uspokoiły sytuację"

Konferencja prasowa, 8 października 2020 roku

WERYFIKACJA: Nie ma naukowych dowodów na to, że naturalne promieniowanie ultrafioletowe (UV) pochodzące ze Słońca osłabia wirusa SARS-CoV-2. Eksperci nie zalecają wychodzenia na światło słoneczne po to, by zabić wirusa. Sprawdzając prawdziwość tej wypowiedzi premiera, serwis Demagog.org.pl cytował prof. Paula Huntera z Uniwersytetu Wschodniej Anglii, który stwierdził: "Każda sugestia, że ​​promieniowanie UV może być użyte do leczenia tej infekcji, to tylko science fiction. Obecnie nie ma możliwości, aby promieniowanie UV mogło być używane do naświetlania wnętrza ciała, co przyniosłoby jakiekolwiek korzyści".

Wirusy zabijać może znacznie wyższy poziom promieniowania UV niż ten obecny w świetle słonecznym - jednak ludzie powinni unikać ekspozycji na takie dawki promieniowania UV, bo mogą powodować podrażnienie skóry. Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) podaje, że nic nie wiadomo na pewno o skuteczności wirusobójczych lamp UVC w dezaktywacji wirusa SARS-CoV-2, bo opublikowane dane dotyczące długości fali, dawki i czasu trwania promieniowania UVC potrzebnego do osiągnięcia takiego efektu są ograniczone.

Już przed cytowaną tu wypowiedzią premiera Morawieckiego tezy o rzekomym osłabianiu koronawirusa przez promieniowanie UV zweryfikowały redakcje fact-checkingowe m.in. z portalu USA Today i AFP FactCheck.

Fałsz: "Pojawia się deficyt nieprzekraczający 4 procent - około 3,8 procent - a więc taki, który praktycznie odziedziczyliśmy w bardzo dobrych czasach po naszych poprzednikach, którzy, przypomnę, mieli deficyty sięgające 7 i więcej procent"

Warszawa, konferencja prasowa, 28 września 2020 roku

WERYFIKACJA: Podczas konferencji zapowiadającej projekt budżetu na 2021 roku premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że deficyt budżetowy w 2021 roku wyniesie 82,3 mld zł, co będzie stanowiło około 3,8 proc. PKB. Dla porównania dodał, że w czasach "naszych poprzedników", czyli rządów PO-PSL, ten deficyt sięgał 7 i więcej procent. W swoim wystąpieniu premier mówił o deficycie jako o różnicy między dochodami a wydatkami budżetu państwa, którą to różnicę podaje się w miliardach złotych i jako procent Produktu Krajowego Brutto. Tymczasem - jak podawał portal Demagog.org.pl, opierając się na sprawozdaniach Ministerstwa Finansów z wykonania budżetu państwa, deficyt budżetowy w czasie rządów PO-PSL nie przekraczał 3,2 proc. PKB. Tyle wyniósł w 2010 roku. Na początku rządów PO-PSL, w 2008 roku, wyniósł 1,9 proc. PKB, a w 2015 – 2,4 proc. PKB. Nie jest więc prawdą, że poprzednicy rządu Zjednoczonej Prawicy "mieli deficyty sięgające 7 i więcej procent".

Posłanka Koalicji Obywatelskiej Izabela Leszczyna po tym wystąpieniu Morawieckiego napisała na blogu, że premier - mówiąc o deficycie za czasów swoich poprzedników - podał dane, które dotyczyły innej kategorii deficytu: deficytu sektora finansów publicznych. To ujemna różnica między dochodami publicznymi (wpływy z m.in. danin publicznych w postaci podatków, opłat, składek, wpłaty z zysku przedsiębiorstw państwowych i jednoosobowych spółek Skarbu Państwa, ponadto są to dochody ze sprzedaży wyrobów i usług przez jednostki sektora finansów publicznych, dochody z najmu, dzierżawy, odsetki bankowe, dywidendy, spadki, zapisy, darowizny i dochody z tytułu udzielonych poręczeń i gwarancji) a wydatkami publicznymi (wydatki publiczne to m.in. wydatki administracji rządowej, i samorządów, wydatki z ZUS czy innych funduszy państwowych).

Za rządów PO-PSL deficyt finansów publicznych wynosił kolejno 7,4 i 7,9 proc. PKB. Wpływ na to w tamtym czasie miał światowy kryzys finansowy. Dla porównania: w 2020 roku, czyli roku pandemii COVID-19, gdy padły te słowa premiera, deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 6,9 proc. PKB.

Manipulacja: "Jeśli chodzi o wszelkie wady płodu, które w jakikolwiek sposób wpływają na życie i zdrowie kobiety, ten wyrok tego nie dotyczy, ta przesłanka dotycząca ewentualnej terminacji jest cały czas w rękach kobiet"

Konferencja prasowa, 29 października 2020 roku

WERYFIKACJA: Premier odnosił się w tej wypowiedzi do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku, który stwierdził, że niezgodny z Konstytucją RP jest art. 4a ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Tym samym aborcja w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu nie jest już legalna – nie jest więc prawdą, że "jest cały czas w rękach kobiet". W mocy pozostały tylko dwie przesłanki: gdy zagrożone jest życie czy zdrowie kobiety oraz gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego, na przykład gwałtu lub kazirodztwa.

W dodatku w swojej wypowiedzi Morawiecki połączył dwa artykuły wspomnianej ustawy. "Rzeczywiście nadal obowiązuje artykuł ustawy, który dopuszcza aborcję, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, ale nie ma to nic wspólnego z wadami płodu" - zwracała uwagę redakcja OKO.press, która oceniła wypowiedź premiera jako manipulację.

Fałsz: "Przy dużo niższym poziomie PKB w 2009 i 2010 roku deficyt budżetowy oscylował wokół stu miliardów"

Sesja Q&A na Facebooku premiera i ministra zdrowia, 4 listopada 2020 roku

WERYFIKACJA: Podczas fejsbukowej sesji pytań i odpowiedzi premier Mateusz Morawiecki odpowiadał m.in. na pytanie o łatanie dziury budżetowej i wysokość deficytu budżetowego. Powiedział, że w nowelizacji ustawy budżetowej deficyt zaplanowano na 108-109 mld zł, a po październiku będzie to orientacyjnie 13 mld zł, zaś w listopadzie i grudniu jeszcze przyrośnie. Po czym dodał: "Dla porównania tylko przypomnę, że przy dużo niższym poziomie PKB w 2009 i 2010 roku deficyt budżetowy oscylował wokół stu miliardów" – podkreślając, że ówczesny kryzys "był daleko mniej groźny niż to, z czym mamy dzisiaj do czynienia".

Otóż według danych Ministerstwa Finansów deficyt budżetu państwa wyniósł w 2009 roku 23,8 mld (23 844 979 tys.), a w 2010 roku – 44,6 mld (44 591 097 tys.) zł. Tak więc nie oscylował wokół 100 mld zł.

Odpowiadając na to pytanie, premier stwierdził też: "Nie mamy [obecnie] deficytu budżetowego na historycznie największym poziomie". Serwis Demagog.org.pl przeanalizował dane resortu finansów o wysokości deficytu od 1998 roku – i stwierdził, że biorąc pod uwagę ostatnie 22 lata, premier także się myli.

Fałsz: "Nie ma bezpośredniego połączenia między tak zwaną praworządnością a środkami budżetowymi"

Konferencja prasowa premiera Mateusza Morawieckiego i premiera Węgier, 22 lipca 2020 roku

WERYFIKACJA: Po zakończeniu szczytu państw Unii, na którym osiągnięto porozumienie co do kształtu unijnego budżetu i Funduszu Odbudowy, Morawiecki przekonywał na konferencji prasowej, że "nie ma bezpośredniego połączenia między tak zwaną praworządnością a środkami budżetowymi". Okazuje się, że premier pominął kwestię większości kwalifikowanej, która związana jest z wprowadzeniem tzw. systemu warunkowości - zwracał uwagę m.in. serwis Gazetaprawna.pl.

Związek między praworządnością w danym kraju a wypłatą środków z Funduszu Odbudowy wynika z konkluzji szczytu: "Interesy finansowe Unii są chronione zgodnie z ogólnymi zasadami zawartymi w Traktatach Unii, w szczególności zgodnie z wartościami zapisanymi w art. 2 TUE. Rada Europejska podkreśla znaczenie ochrony interesów finansowych Unii. Rada Europejska podkreśla znaczenie poszanowania praworządności". Jak dalej czytamy w dokumencie, "na tej podstawie zostanie wprowadzony system warunkowości w celu ochrony budżetu i instrumentu Next Generation EU. W tym kontekście Komisja zaproponuje środki w przypadku naruszeń przyjmowane przez Radę większością kwalifikowaną".

O związku między praworządnością a wypłatą funduszy unijnych od razu po szczycie mówili też unijni urzędnicy. "Po raz pierwszy poszanowanie dla praworządności jest decyzyjnym kryterium dla wydatków budżetowych" – powiedział szef Rady Europejskiej Charles Michel, ogłaszając porozumienie po szczycie Unii Europejskiej. "Cieszę się, że po raz pierwszy w historii istnieje związek między rządami prawa a funduszami UE. Zostanie on uruchomiony kwalifikowaną większością głosów w Radzie. Zwiększy to zaufanie unijnych podatników do UE" - napisała 21 lipca 2020 wiceszefowa Komisji Europejskiej Vera Jourova.

To była wiedza dostępna w czasie, gdy Morawiecki wygłosił swoje słowa. Kolejne miesiące potwierdziły tylko, że premier minął się z prawdą.

Nieprawdziwa wypowiedź Mateusza Morawieckiego z lipca 2020 roku
Nieprawdziwa wypowiedź Mateusza Morawieckiego z lipca 2020 roku Foto: Antonina Długosińska/Shutterstock / Konkret24

Jak czytamy w wyjaśnieniach na stronie Euractive.pl, "przyjęty w grudniu 2020 r. tzw. mechanizm warunkowości to narzędzie służące ochronie funduszy UE przed ich ewentualnym niewłaściwym wykorzystaniem przez państwa członkowskie". Za egzekwowanie mechanizmu odpowiedzialna jest Komisja Europejska. Rządy Polski i Węgier domagają się uchylenia rozporządzenia – co dowodzi, że premier nie miał racji, mówiąc, że "nie ma połączenia" między praworządnością a wypłatą środków unijnych. 11 marca 2021 roku oba kraje zaskarżyły przepisy do Trybunału Sprawiedliwości UE. 27 kwietnia 2022 Komisja Europejska uruchomiła mechanizm "pieniądze za praworządność" wobec Węgier, wysyłając notyfikację do tamtejszego rządu. "Zidentyfikowaliśmy problemy, które mogą naruszać praworządność i wpływać na unijny budżet" – poinformowała na Twitterze Vera Jourova.

7 czerwca 2022 roku Komisja Europejska pozytywnie oceniła polski Krajowy Planu Odbudowy (KPO) warty 36 mld euro. Jednak wypłacenie pieniędzy KE uzależniła od tego, czy Polska spełni trzy warunki z zakresu sądownictwa określone w KPO. "Polski plan zawiera kamienie milowe związane z ważnymi aspektami niezależności sądownictwa, które mają szczególne znaczenie dla poprawy klimatu inwestycyjnego i stworzenia warunków dla skutecznej realizacji. (...) Polska musi wykazać, że te kamienie milowe zostały osiągnięte przed dokonaniem jakichkolwiek wypłat w ramach Funduszu Odbudowy" - podała KE w komunikacie prasowym. Te trzy warunki to: likwidacja Izby Dyscyplinarnej, reforma systemu dyscyplinującego sędziów i przywrócenie do orzekania zwolnionych sędziów.

To wymusiło uchwalenie nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, którą 13 czerwca podpisał Andrzej Duda. Jej głównym założeniem jest likwidacja Izby Dyscyplinarnej i utworzenie w jej miejsce Izby Odpowiedzialności Zawodowej. Nowelizacja nie rozwiązała jednak sprawy wypłaty środków z KPO. 1 lipca szefowa KE stwierdziła: "Wciąż oceniamy nowe prawo, dotyczące systemu dyscyplinarnego. Wyciągnięcie ostatecznych wniosków jest dziś niemożliwe. Mogę już jednak powiedzieć, że nowe prawo nie daje sędziom możliwości kwestionowania statusu innego sędziego bez ryzyka bycia pociągniętym do odpowiedzialności dyscyplinarnej". Jak dodała von der Leyen: "Ten warunek jest wymagany, więc ta kwestia musi nadal być rozwiązana zgodnie ze zobowiązaniami, co odblokuje pierwszą wypłatę. Nie zakończyliśmy oceny całego prawa, ale widzimy, że tej części brakuje". Przypomniała, że "Polska musi wywiązać się ze zobowiązań, dotyczących reformy systemu dyscyplinarnego sędziów w kontekście unijnego funduszu odbudowy".

18 lipca 2022 roku Polska wciąż nie otrzymała żadnych środków z Funduszu Odbudowy.

Fałsz: "Porozumienie, które wynegocjowaliśmy, to podwójne zwycięstwo. Po pierwsze, budżet Unii Europejskiej może wejść w życie - Polska otrzyma z niego 770 miliardów złotych"

Konferencja prasowa, 11 grudnia 2020 roku

WERYFIKACJA: 10 grudnia 2020 roku na unijnym szczycie Polska i Węgry wycofały wstępne weto do wieloletniego budżetu Unii i Funduszu Odbudowy na walkę ze skutkami pandemii. Powodem zapowiedzi weta Polski i Węgier było rozporządzenie wiążące wypłaty unijnych pieniędzy z mechanizmem przestrzegania praworządności. Lecz wobec wizji stworzenia Funduszu Odbudowy bez Polski i Węgier oba kraje z weta zrezygnowały. Premier Morawiecki chwalił się wtedy "zwycięstwem", jakim miały się zakończyć grudniowe negocjacje. Jednak był to to ten sam budżet, który Polska wynegocjowała już w lipcu 2020 roku. Dokument z grudnia 2020 parafrazuje po prostu treść rozporządzenia.

Od tego czasu premier i rząd wciąż mówili o "770 miliardach złotych dla Polski" – na tym przekazie zbudowano nawet kampanię "Liczy się Polska", na którą KPRM przeznaczyła 10,3 mln zł. W Konkret24 wyjaśnialiśmy, dlaczego nie można mówić o 770 mld zł. Przypominamy (według stanu wiedzy w tamtym czasie):

1) Rząd po zakończeniu negocjacji w sprawie Funduszu Odbudowy w lipcu 2020 roku mówił o kwocie 750 mld zł. Skąd nagle wzrost o 20 mld w ciągu kilku miesięcy? Otóż, jak pisaliśmy w Konkret24, rząd przeliczał przyznaną Polsce pulę ok. 173 mld euro po obecnym kursie, podczas gdy w dokumentach unijnych liczy się pieniądze po kursie z 2018 roku, który jest niższy.

2) Źródłem rzekomych 770 mld zł jest Unia Europejska: zatwierdzone przez kraje UE Wieloletnie Ramy Finansowe na lata 2021-2027 (ponad 106 mld euro) oraz Fundusz Odbudowy (ok. 36 mld euro). Ale po przeliczeniu na złotówki daje to 672 mld zł.

3) W rzeczywistości pieniądze, które Polska będzie miała do wykorzystania z Funduszu Odbudowy, są na siedem lat - nie dostaniemy ich wszystkich od razu (dwa lata później wiadomo już było ponadto, że pieniądze z Funduszu Odbudowy dostaniemy wtedy, gdy wypełnimy tzw. kamienie milowe zapisane w decyzji Komisji Europejskiej z 1 czerwca 2022 roku akceptującej polski KPO).

4) Pieniądze unijne, które Polska otrzyma w ciągu tych siedmiu lat, trzeba będzie pomniejszyć o składkę, jaką nasz kraj co miesiąc musi wpłacić do budżetu Unii Europejskiej - do 2027 roku tak naprawdę możemy otrzymać jedynie ok. 570 mld zł. To o jedną czwartą mniej niż kwota podawana przez Morawieckiego pod koniec 2020 roku (a w 2022 roku wiadomo już też, że do odliczenia są także kary, które Komisja Europejska potrąciła z funduszu dla Polski za niewywiązywanie się z orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej).

Jan Kunert opowiada o cyklu Konkret24 "Nieprawdy premiera Morawieckiego"

Jak powstał cykl "Nieprawdy premiera Morawieckiego"

Zespół Konkret24 zebrał i zweryfikował wypowiedzi Morawieckiego od momentu objęcia przez niego kierownictwa Rady Ministrów w grudniu 2017 roku. Oprócz twierdzeń wybranych przez nas - które uznaliśmy za istotne - sięgnęliśmy również do wystąpień, które już zostały ocenione jako nieprawda, fałsz lub manipulacja przez inne redakcje (m.in. OKO.press, "Gazetę Wyborczą", Onet.pl, Demagog.org.pl) i ponownie je weryfikowaliśmy. Tak powstał pięcioczęściowy cykl "Nieprawdy premiera Morawieckiego", w którym prezentujemy kilkadziesiąt nieprawdziwych wypowiedzi premiera – każda część cyklu obejmuje jeden rok jego kierowania rządem. Kolejne części będziemy publikować co tydzień w Konkret24 i na stronie głównej TVN24.pl.

Nie jest to lista zamknięta – na bieżąco sprawdzamy wystąpienia Mateusza Morawieckiego. Jednocześnie zachęcamy czytelników do kontaktu z nami i zgłaszania wypowiedzi premiera (ale też innych polityków) do weryfikacji. Można to zrobić zarówno przez formularz na stronie, jak i mailem na adres konkret24@tvn.pl.

Część I cyklu: Nieprawdy premiera Morawieckiego - wypowiedzi z 2018 roku

Część II cyklu: Nieprawdy premiera Morawieckiego - wypowiedzi z 2019 roku

Nieprawdy premiera Morawieckiego. III część cyklu Konkret24

Autor:  Konkret24
Źródło:  Konkret24; zdjęcie: Shutterstock

Pozostałe

Nieprawdy premiera Morawieckiego. Cykl Konkret24 (część V)

Wprowadzenie Polskiego Ładu na początku 2022 roku, wybuch wojny w Ukrainie i galopująca inflacja spowodowały, że polski rząd musiał reagować na wydarzenia - a jednocześnie naprawiać własne błędy i zaniedbania. Wiele z nich premier Mateusz Morawiecki przykrywał fałszywymi narracjami. Prezentujemy kolejny odcinek naszego cyklu.

Nieprawdy premiera Morawieckiego. Cykl Konkret24 (część IV)

Zaostrzanie się konfliktu między Polską a Unią Europejską w 2021 roku dotyczyło przede wszystkim kwestii praworządności w naszym kraju. Premier Mateusz Morawiecki, broniąc publicznie polityki rządu Zjednoczonej Prawicy, używał argumentów nieprawdziwych i błędnych - również na forum międzynarodowym. Przedstawiamy kolejny odcinek naszego cyklu.

Nieprawdy premiera Morawieckiego. Cykl Konkret24 (część II)

Mateusz Morawiecki w 2019 roku musiał wraz z PiS prowadzić dwie kampanie wyborcze. Jeszcze uważniej był więc rozliczany ze składanych wcześniej obietnic, ich realizacji oraz z tego, co przedstawiał. Pomimo tego oraz dwóch spraw przegranych w sądach nadal w walce politycznej stosował nieprawdy, manipulacje i selektywne podejście do danych.